portal woja z co2 2Tak zwana ucieczka emisji CO2 (ang. „carbon leakage”), czyli tak naprawdę „wyrzucanie energochłonnego przemysłu ciężkiego” z Europy stała się nagle głównym zagrożeniem dla przyszłości Unii Europejskiej i realizacji nowego programu zwanego „Zielonego Ładu”. W styczniu 2021 r. alarm w tej sprawie podniósł sam Frans Timmermans, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej i koordynator klimatyczno-gospodarczej strategii Zielonego Ładu: „Dla naszego przemysłu jest to kwestia być albo nie być. Jeśli więc inni nie pójdą w tym samym kierunku, to będziemy zmuszeni chronić Unię Europejską przed zakłóceniami konkurencji i przed ryzykiem ucieczki emisji CO2. [1] Czyżby Timmermans ostrzegał przed skutkami własnych działań? Czy ktoś powstrzyma Fransa?

Migracja przemysłu z Europy a polityka klimatyczna Zachodu

Ucieczka przemysłu ciężkiego będącego źródłem emisji CO2 z bogatych krajów Zachodu ma historię dłuższą niż „walka z globalnym ociepleniem” i wiąże się z przenoszeniem produkcji przemysłowej z powodu wzrostu kosztów pracy i energii do krajów rozwijających się. Proces ten był sankcjonowany przez neoliberalną doktrynę gospodarczą i realizowany w warunkach wolnego handlu i dużej swobody przepływu kapitału w poszukiwaniu jak największych zysków i jak najniższych kosztów. Jednak wraz z pojawieniem się polityki klimatycznej znacznie wzrosło tempo tej wycieku emisji CO2 z krajów forsujących politykę jak najszybszej redukcji wewnętrznych emisji do krajów, które nie wprowadziły u siebie takiej samej kosztownej polityki na rzecz osiągnięcia zerowych emisji CO2 (podajemy za gazetą Financial Times [1]).

W skrócie polega to na przenoszeniu się produkcji przemysłowej, głównie energochłonnej, do krajów o niższych kosztach energii i mniejszych obciążeniach i ograniczeniach związanych z walką ze zmianą klimatu. Ta produkcja — wysoce emisyjna w języku rachmistrzów emisji CO2 i wielbicieli teorii o „zbrodniczej roli dwutlenku węgla dla ziemskiego klimatu” — wraca do krajów, w których nie jest już prowadzona, ale dla których funkcjonowania pozostaje niezbędna, w postaci towarów konsumpcyjnych, ale przede wszystkim w formie dóbr inwestycyjnych zawierających tzw. „wsad emisyjny” lub „ślad węglowy”. Wszystko po to, by nie konsumować dóbr pochodzących z przetwarzania paliw kopalnych. Jednym słowem węglowa obsesja wymusza śledzenie wykorzystania paliw kopalnych u innych i zwalczanie ich tak samo mocno, jak i u siebie w kraju.

1229.1 Obraz cło węglowe

Pobieramy podatki węglowe dla bogatych krajów (źródło grafiki GWPF)

Rosnące zjawisko „carbon leakage” w krajach europejskich ilustruje dobrze przykład Wielkiej Brytanii. Na jesieni 2019 r. brytyjski GUS, czyli Office for National Statistics (ONS), stwierdził, że: „Wielka Brytania stała się największym importerem netto emisji dwutlenku węgla w przeliczeniu na głowę mieszkańca w grupie bogatych krajów G7 — przeganiając pod tym względem USA i Japonię — w rezultacie zakupów towarów wyprodukowanych za granicą.” [2] Wielka Brytania zwiększyła swój import netto emisji CO2 na głowę mieszkańca z 1,7 t w 1992 r. do 5,1 t w 2007 r., „co zniwelowało krajowe postępy w odłączaniu brytyjskiej gospodarki od paliw kopalnych”.

Renomę „lidera w walce ze zmianą klimatu na świecie” opierano na rachunkach emisji wewnętrznych. Tymczasem im mniej było emisji wewnętrznych, tym gwałtowniej rosły emisje importowane zawarte w towarach konsumowanych przez Brytyjczyków i dobrach inwestycyjnych zużywanych przez brytyjską gospodarkę. Dlatego: „emisje CO2 wynikające z krajowego spożycia -– które mierzą całkowity ślad węglowy w produktach zakupywanych przez brytyjskie gospodarstwa -– w 2007 r. były w Wielkiej Brytanii o 37% wyższe od ilości krajowych emisji CO2, w porównaniu do [analogicznej różnicy wynoszącej] jedynie 0,2% na początku lat 70-ych XX w. [2] 

Urzędnicy Komisji Europejskiej oficjalnie twierdzą, że nie ma przekonywujących dowodów na to, że zjawisko ucieczki emisji CO2 występowało wcześniej w samej Unii (której częścią do niedawna była Wielka Brytania). Natomiast „ryzyko [w przyszłości] jest realne”, w miarę jak Unia „wzmacnia swoje ambicje klimatyczne”. Niedawny raport Francuskiego Zrzeszenia Dużych Przedsiębiorstw (AFEP) pt. „Wymiana handlowa i zmiana klimatu” ilustruje skalę przyszłego zagrożenia dla przetrwania przemysłu w Europie, przewidując, że cena uprawnień do emisji CO2 w UE z obecnego poziomu ok. 30 euro za tonę wzrośnie do około 40 euro/t w 2030 r. i przekroczy kosmiczny poziom 230 euro za tonę do 2050 r. [3] Raport został opublikowany w styczniu 2021 r. i dostępny jest tutaj: https://afep.com/wp-content/uploads/2021/01/Trade-and-Climate-Change-Quantitative-Assessment-of-the-Best-Policy-Tools.pdf Tymczasem cena uprawnień do emisji dwutlenku węgla wciąż rośnie i w marcu br. sięgnęła już 40 euro/t.

Zjawisko wypychania przemysłu z Europy dotyka wiele branż. Na poniższym wykresie zaczerpniętym z raportu AFEP widać, że może w Europie pożegnać się z hutnictwem, przeróbką metali żelaznych i nieżelaznych, przemysłem chemicznym, rafineryjnym, wytwarzaniem cementu czy nawet lotnictwem.

1229.3 Wykres nr 3

Paryskie Porozumienie Klimatyczne i „sprawiedliwość klimatyczna”

Paryskie Porozumienie Klimatyczne, które jest podstawowym dokumentem regulującym międzynarodowe zobowiązania w zakresie redukcji emisji dwutlenku węgla, sankcjonuje mechanizm dalszej ucieczki emisji CO2 z państw Zachodu. U jego podstaw leży zasada sprawiedliwości klimatycznej (ang. „climate justice”). Owa sprawiedliwość nawiązuje do historycznego faktu, że industrializacja miała miejsce na Zachodzie dużo wcześniej niż gdzie indziej na świecie. Kraje, które w tej industrializacji nie uczestniczyły, powinny mieć obecnie prawo do uzyskania takiego samego poziomu dobrobytu społecznego co i Zachód. Oprócz tego argumentu historycznego funkcjonuje także powszechnie empiryczny miernik sprawiedliwości klimatycznej, jakim jest wskaźnik emisji CO2 na głowę mieszkańca w danym państwie.

Odnosząc się do sytuacji w Unii Europejskiej, samozwańczy lider klimatyczny na świecie - Niemcy, wytwarzają — w przeliczeniu na głowę mieszkańca — w dalszym ciągu o 87% więcej emisji CO2 od średniego poziomu na świecie (a także najwięcej w Unii Europejskiej — ok. 30% powyżej średniej dla UE). [4] Przeliczanie krajowych emisji na głowę mieszkańca, w odróżnieniu od porównań globalnej ilości emisji CO2 wytwarzanych w gospodarce, czyni takie potęgi emisyjne jak Chiny czy Indie beneficjentami zasady sprawiedliwości klimatycznej i powoduje, że zaliczane są one do kategorii krajów rozwijających się, tak samo jak faktycznie najbiedniejsze kraje świata. A tymczasem jest to prosta pochodna liczy ludności w tych krajach.

Jak pisze indyjski analityk, powołując się na zasadę sprawiedliwości klimatycznej: „W myśl tej zasady kraje rozwijające się mogą w dalszym ciągu wykorzystywać paliwa kopalne, a jednocześnie mają otrzymywać fundusze klimatyczne w wysokości 100 mld USD rocznie. Duże gospodarki rozwijające się, takie jak Indie, Brazylia i Chiny, zawsze argumentowały, że emisje na głowę mieszkańca w USA i w UE są dużo wyższe niż w przypadku ich własnych gospodarek i dlatego odrzucały w przeszłości próby wprowadzenie podatków granicznych od emisji węglowych.” [5]

Powszechnie uważa się, że bez zgody najbogatszych krajów Zachodu na bardzo nierównomierne rozłożenie obciążeń związanych z redukcją emisji CO2 na świecie Porozumienie paryskie z 2015 r. nie zostałoby zawarte. Oprócz różnych przyrzeczonych transferów finansowych, najważniejszym ustępstwem była de facto zgoda na odłożenie w czasie radykalnej redukcji CO2 w krajach rozwijających się.

Z perspektywy zachodnich strategów klimatycznych, szybki rozwój gospodarczy i uprzemysłowienie Chin czy Indii, przy relatywnie szybkim i systematycznym spadku potencjału wytwórczego krajów zachodnich, czynią bolesne wysiłki Zachodu w celu redukcji własnych, wewnętrznych emisji CO2 coraz bardziej iluzorycznymi. Politykę wymagającą wyrzeczeń ekonomicznych trudno jest uzasadniać wyłącznie odwoływaniem się do irracjonalnych odczuć i fałszywych przekonań o roli dwutlenku węgla w atmosferze, skoro argumenty racjonalne wskazują na coś przeciwnego.

Wielka Brytania, która realizuje obecnie prawdopodobnie najbardziej radykalny wewnętrzny program dekarbonizacji w Europie, ma dużo niższy od Niemiec poziom emisji CO2 na głowę, które są tylko o 23% większe niż średnia światowa. Najważniejsze jednak jest to, że krajowe emisje w Wielkiej Brytanii reprezentują jedynie 1,1% globalnych emisji CO2 [4] — co pokazuje bezsens obciążeń nakładanych na gospodarkę brytyjską z punktu widzenia „ochrony klimatu”. Szczególnie jeśli przeliczy się to na ułamek stopnia Celsjusza, o jaki Wielka Brytania jest zdolna obniżyć globalną temperaturę na koniec XXI w., w świetle modeli zmian klimatu przyjętych przez panel klimatyczny ONZ. W identycznej sytuacji jest także i polska gospodarka, odpowiadająca za niecały 1% światowych emisji CO2. Mówiąc wprost, jakiekolwiek redukcje emisji CO2 w Polsce są bez żadnego znaczenia dla emisji światowych, a będą szkodzić miejscom pracy w Polsce, gdyż przemysł OZE nie tworzy miejsc pracy u nas, a je redukuje.

Granica węglowa jako sposób na budowanie „konkurencyjnej zielonej gospodarki”

Z cytowanej już wcześniej wypowiedzi komisarza Timmermansa wynika jednak, że obecne zasady współpracy gospodarczej na świecie zagrażają dalszemu istnieniu przemysłu w Unii Europejskiej i całej transformacji klimatycznej, którą Unia nazywa Zielonym Ładem, oraz że jest zdecydowana na radykalne kroki, aby chronić siebie przed skutkami ucieczki emisji CO2. Zagraniczni partnerzy Unii, w tym, jak zobaczymy dalej, także nowa amerykańska administracja Bidena, uznali to za przejaw starych nawyków protekcjonistycznych Unii (które do niedawna hamowała w Unii Wielka Brytania), tendencję do budowania (tym razem zielonej) „twierdzy Europa”.

Te radykalne kroki polegają na wprowadzeniu granicznego podatku od śladu węglowego zawartego w importowanych do Unii produktach wybranych branż — przemysłu stalowego, cementowego, aluminiowego, tworzyw sztucznych, chemicznego i nawozów sztucznych. Urzędnicy UE wolą nazywać tę opłatę Carbon Border Adjustment Mechanism (dalej w skrócie: „CBAM”), czyli granicznym mechanizmem dostosowawczym w zakresie śladu węglowego. Wybór takiej nazwy nie jest oczywiście przypadkowy. Chodzi o stworzenie fałszywego wrażenia, że takie cło nie ma zasadniczo nic wspólnego z międzynarodowym obrotem towarami jako takim, lecz jest zwykłą korektą fiskalną zniekształceń, jakie występują na świecie w innym wymiarze, jakim jest przepływ emisji CO2 powstałych w związku z ich wytworzeniem. Co istotne, postulat wprowadzenia opłaty CBAM był od początku częścią programu Zielonego Ładu UE. „Komisja Europejska wprowadziła ideę CBAM (klimatycznego podatku granicznego) w grudniu 2019 r., jako część Zielonego Ładu UE”. [5]

Program Zielonego Ładu jest kulminacją kursu Unii Europejskiej w kierunku coraz bardziej radykalnej eliminacji gazów cieplarnianych (głównie emisji CO2, a związku z tym paliw kopalnych) z energetyki i generalnie z całej gospodarki (dekarbonizacja). Warto zauważyć, że na samym początku funkcjonowania Unii Europejskiej, po przekształceniu się ze Wspólnot Europejskich, celem była budowa konkurencyjnej gospodarki niskoemisyjnej, a obecnie nawet neutralnej klimatycznie (zero netto emisji CO2) — „zielona’ gospodarka Unii ma jej pozwolić na skuteczne konkurowanie na globalnym rynku i umożliwiać dalszy rozwój gospodarczy w państwach członkowskich. Tak wyraźnie stwierdza standardowo powielany w aktach UE tekst: „Komisja przyjęła Plan działania prowadzący do przejścia na konkurencyjną gospodarkę niskoemisyjną do 2050 r., który został odnotowany przez Radę w konkluzjach z dnia 17 maja 2011 r. i zatwierdzony przez Parlament Europejski w rezolucji z dnia 15 marca 2012 r.” [6]

Konieczność wprowadzenia granicy węglowej w obronie Zielonego Ładu oznacza milczące uznanie przez Unię Europejską dwóch realiów. Po pierwsze, obecnie dostępne technologie OZE pozostają tak niekonkurencyjne, że bez znacznej ochrony granicznej grozi to w nadchodzących latach katastrofą gospodarczą całej Unii. Po drugie, kluczowe sektory „tradycyjnej, wysoko-emisyjnej gospodarki”— branża stalowa, cementowa, aluminiowa, tworzyw sztucznych, chemiczna i nawozów sztucznych — których Unia pozbyła się lub jest w trakcie pozbywania się ze swojego terytorium, pozostają niezbędnym elementem składowym gospodarki samej Unii. Ich brak oznacza, że tracimy miejsca pracy; tracimy wpływy podatkowe; tracimy rynki eksportowe. No i płacimy drożej za to, by wciąż kupować te same dobra tej samej jakości. W naszej ocenie jednym z efektów unijnej polityki klimatycznej jest gwałtowna deindustrializacja krajów Unii Europejskiej i ubożenie społeczeństw systematycznie pozbawianych miejsc pracy i źródeł zarobkowania.

Wzrost gospodarczy a neutralności klimatyczna przemysłu

Polityka klimatyczna, zwłaszcza w jej radykalnej wersji zmierzającej do realizacji do neutralności klimatycznej, posługuje się ekonomiczno-ekologicznym pojęciem absolutnego odłączenia (ang. „absolute decoupling”) wzrostu gospodarczego od wzrostu emisji CO2. Do tej pory uprzemysłowienie Zachodu, oparte na paliwach kopalnych, wiązało się z coraz większą emisją CO2 do atmosfery. Teraz stratedzy klimatyczni twierdzą, że związek emisji CO2 z rozwojem gospodarczym może zostać zupełnie przerwany, gdyż „zielone” technologie umożliwiają wzrost gospodarczy bez korzystania z paliw kopalnych.

Do niedawna, a ściślej przed pandemią Covid-19, uznawano czasami, że sama dezindustrializacja, to jest „postępujący demontaż bazy przemysłowej” w kraju i zastępowanie jej „usługami opartymi na wiedzy specjalistycznych” (ang. „knowledge-intensive services”) jest oznaką właśnie procesu absolutnego odłączenia rozwoju gospodarki od rosnących emisji CO2. Tak na przykład napisano w cytowanym wyżej komunikacie urzędu statystycznego Wielkiej Brytanii. [2] Z punktu widzenia ochrony klimatu, oznaczało to paradoksalnie, że wynoszenie się przemysłu brytyjskiego głównie do Chin, a następnie import towarów i dóbr z Chin wytworzonych z taką samą ilością, a nawet z większą emisją CO2 i wzrostem rzeczywistych zanieczyszczeń środowiska. Obecnie, to Chiny są najważniejszym krajem pochodzenia emisji importowanych do Wielkiej Brytanii — są to oznaki rzekomego absolutnego odłączenia wzrostu gospodarczego od rosnących emisji CO2.

Popularne wcześniej teorie ekonomiczne dotyczące pozytywnych skutków dezindustrializacji stały się mniej atrakcyjne pod wpływem doświadczeń pandemii i lockdown’ów w 2020 r. Teraz generalnie uważa się, że — mówiąc językiem obecnego mainstreamu — trwała, zrównoważona gospodarka krajowa czy regionalna (jak w przypadku UE) musi dysponować pewnym własnym potencjałem przemysłowym — jeśli chodzi o towary konsumpcyjne (słynna sprawa braku zdolności do masowego produkowania maseczek, leków na Zachodzie itd.), jak i dóbr inwestycyjnych (problematyczne zbyt długie łańcuchy dostaw, pewność dostaw w sytuacji zaostrzających się konfliktów międzynarodowych). Mówiąc wprost – unijnych włodarzy – dogoniła realpolitik oparta o prawdziwą, a nie wirtualną „zieloną” gospodarkę. Graniczny podatek węglowy w swoim zamyśle jest jednak próbą ratowania systemu handlu emisjami CO2 niż przemysłu, gdyż ten i tak ucieknie.

Propozycja zastosowania dotkliwego środka ochronnego, który ma zapobiegać dalszej migracji kluczowego przemysłu z Europy, pokazuje, że sama Unia nie widzi w najbliższej przyszłości możliwości odłączenia wzrostu gospodarczego od korzystania z paliw kopalnych (i rosnących emisji) w sposób zapewniający konkurencyjność przemysłu w UE. Tym bardziej takich szans nie widzą kraje pozaeuropejskie nastawione na jak najszybszy rozwój społeczno-gospodarczy przy pomocy najtańszej energii. W dniu 5 lutego br. Komisja ochrony środowiska Parlamentu Europejskiego, pod przewodnictwem Yannicka Jadota, francuskiego eurodeputowanego z Grupy Zielonych poparła propozycję opłaty od wysoko-emisyjnych produktów przywożonych do Europy, wzywając Komisję Europejską do jak najszybszego wprowadzenia granicznego podatku od śladu węglowego. [7]

Komisja Parlamentu Europejskiego wskazała, że jest świadoma problemu zapewnienia zgodności z regułami Światowej Organizacji Handlu (WTO), ale jednocześnie zażądała, aby mechanizm CBAM został wprowadzony „nie później niż w 2023 r.”. Ponadto, jak powiedział eurodeputowany Jadot, proponowany obecnie zakres przedmiotowy opłaty granicznej (sektory stali, cementu, aluminium, chemikalia itd.) dotyczy tylko „pierwszego” etapu stosowania tego mechanizmu, gdyż należy spodziewać się jego rozszerzenia.

Urzędnik dyrekcji generalnej ds. finansów Komisji Europejskiej powiedział, że: „prawdopodobnie zaczniemy o surowców”, aby zgromadzić doświadczenia. „Ponieważ w przypadku złożonych produktów poziom złożoności, z jakim trzeba się uporać jest wyższy”. [3] Wynika z tego, że wykaz branż obłożonych mechanizmem dostosowawczym, może być rozszerzony w sposób, jaki Unia uzna za stosowny, aby chronić swoją politykę klimatyczną w przyszłości. Unijna granica węglowa ma stać się instrumentem służącym generalnemu dyscyplinowaniu reszty świata w walce ze zmianami klimatycznymi a przy okazji źródłem dochodów własnych Unii w dyspozycji Komisji Europejskiej. W dniu 8 marca br. na posiedzeniu plenarnym Parlamentu Europejskiego został przedstawiony, a następnie przegłosowany raport wspomnianej komisji. W czerwcu tego roku Komisja Europejska ma przedstawić propozycję „mechanizmu dostosowawczego w zakresie emisji CO2, jako część większego pakietu przepisów mających na celu obcięcie emisji UE o 55% poniżej poziomu z 1990 r. do 2030 r. [3]

Unia Europejska kontra reszta świata

Jednym z najbardziej oczywistych skutków wprowadzenia klimatycznego mechanizmu dostowawczego będą wyższe ceny płacone przez europejskich przedsiębiorców za importowaną stal, cement, aluminium itd., a w dalszej kolejności droższe produkty konsumpcyjne w Europie.

Ponadto środki pozyskane z opłaty CBAM mają stanowić część „nowych zasobów własnych” Unii i być wykorzystywane na budowę Zielonego Ładu UE. Byłoby co najmniej dwuznaczne moralnie, gdyby UE finansowała swój Zielony Ład z podatku granicznego nałożonego na towary z krajów, które dążą do wydobycia swoich mieszkańców z realnej biedy (np. dla niektórych krajów afrykańskich eksport aluminium do Europy jest ważny źródłem dochodów).

Unia chce zapobiec uszczerbkowi na jej wizerunku „mocarstwa moralnego”, które stoi po stronie dobra na całym świecie, obiecując, że będzie przekazywać część wpływów z tej opłaty, a ścislej „między 5 a 14 miliardów rocznie” do „the world’s most vulnerable countries”, jak mówi wspomniany eurodeputowany Jadot. Owo wsparcie dla najbardziej podatnych na zagrożenia czy najbardziej bezbronnych krajów na świecie nie będzie jednak przyznawane na skompensowanie skutków wprowadzenia nowego, wysokiego podatku granicznego przez UE, ani też skierowane do krajów o najwyższym poziomie ubóstwa, lecz na cele związane z „walką przeciwko globalnemu ociepleniu” na całym świecie — które określi lider klimatyczny, czyli sama Unia.

Unia chce na nowo zdefiniować reguły światowego handlu

Z nowym cłem jest jednak pewien kłopot. Instrument finansowy, w postaci klimatycznego podatku granicznego, musi być uznany przez Światową Organizację Handlu (WTO) za zgodny z jej regułami handlu międzynarodowego. To, że Parlament Europejski dostrzega taką potrzebę (patrz wyżej), jest pewnie związany z działaniami Indii na forum WTO. [5] W listopadzie 2020 r. po przedstawieniu projektu Zielonego Ładu (w tym projektu CBAM) na forum WTO Indie wezwały do przeprowadzenia oceny prawnej zgodności takich rozwiązań z normami WTO. Łącznie proponowane „podatki węglowe” w UE i w USA będą miały potężny wpływ na poszczególne branże i całą gospodarkę Indii. Analitycy Morgan Stanley przewidują na przykład, że podatek od śladu węglowego na poziomie 40 USD za tonę emisji zwiększy koszt aluminium z Chin i Indii o ponad 20%.

1229.2 Obraz Indie

Indie, źródło grafiki GWPF

Najbogatsze kraje rozwijające się mogą nawet wprowadzić środki odwetowe na unijne sankcje klimatyczne, które będą dotkliwe dla Unii:

„W odpowiedzi na wprowadzenie takich podatków przez UE i USA mogą wprowadzić własne kontr-opłaty importowe w celu skompensowania strat w przychodach z eksportu i dać wyraz swojego niezadowoleniu (…). Unia Europejska sprowadza szeroką gamę produktów konsumpcyjnych i przemysłowych z Indii, w tym chemikalia, tekstylia, cement i metale, i CBAM dotknie wszystkich tych branż. Opłata CBAM wpłynie na sytuację większości dużych przedsiębiorstw w tych sektorach, z wyjątkiem nielicznych indyjskich producentów cementu, takich jak Dalmia Bharat i Ambuja Cements, którzy już podjęli kroki w celu zmniejszenia emisji węglowych.

Unia ma nadzieję, że mechanizm dostosowawczy nie zostanie uznany za podatek graniczny, a zatem środek protekcjonistyczny niezgodny z regułami WTO, ale za „opłatę nakładaną na towary importowane, która odzwierciedla ściśle cenę emisji węglowej w ramach systemu handlu uprawnieniami do emisji UE”. Teoretycznie zatem, argumentują przedstawiciele Unii, na granicy płacony będzie nie „podatek”, lecz następować będzie zakup uprawnień do emisji CO2 przed podmiot spoza Unii, według ceny określonej przez Unię zgodnie z potrzebami Zielonego Ładu Unii. [3] Co sprowadza się, możemy dodać, do narzucenia wewnętrznych rozwiązań przyjętych w Unii w zakresie egzekwowania ceny emisji CO2 reszcie świata, z tym że — w przeciwieństwie do samej Unii — nie istnieje światowy rynek, na którym takie uprawnienia mogłyby być przedmiotem obrotu.

Inną cechą, która ma przekonać WTO do zaakceptowania mechanizmu CBAM jest to, że przychody z tej opłaty nie będą wspierać bezpośrednio przedsiębiorstwa unijne konkurujące z podmiotami spoza Unii, lecz zostaną przekazane do budżetu Unii, w którym będą wykorzystywane „do finansowania polityk wspierających przejście na neutralną, nowoczesną i konkurencyjną gospodarkę.” [3]

Zaakceptowanie przez WTO punktu widzenia Unii oznaczałoby więc radykalną zmianę w regułach światowego handlu — odejście od wspierania i ochrony międzynarodowej wymiany handlowej jako takiej poprzez uznanie, że handel ten musi być podporządkowany unijnemu systemowi handlu uprawnieniami do emisji CO2. W istocie rzeczy oznaczałoby to wprowadzenie nowego systemu monetarnego a uprawnienia do emisji CO2 stałyby się osobną walutą światową. Z tego względu jest to skrajnie niebezpieczny pomysł dla wszystkich emitentów dwutlenku węgla.

Afryka uważa unijny mechanizm podatku granicznego za formę protekcjonizmu i obawia się, że to tylko początek ograniczeń w handlu. Unijny podatek graniczny skrytykował Youba Sokona, Afrykańczyk, który jest — co ważne — jednocześnie wice-przewodniczącym oenzetowskiego międzyrządowego panelu ds. zmian klimatu (IPCC)! Chcąc zapobiec zarzutom, że unijna inicjatywa narzucana jest jednostronnie przez bogatą Europę, W zeszłym tygodniu rząd francuski zorganizował konferencję, której celem było wysondowanie reakcji krajów afrykańskich na unijne plany wprowadzenia emisyjnego mechanizmu wyrównawczego.

Z relacji zamieszczonej w serwisie euroactiv.com, wynika, że francuskim urzędnikom nie udało się przekonać afrykańskich rozmówców, że nie jest to posunięcie protekcjonistyczne skierowane przeciwko interesów afrykańskich eksporterów. Wspomniany Youba Sokona powiedział, że taki „mechanizm” zaszkodziłby „krajom o mniejszym finansowym i ludzkim potencjale,” zwłaszcza tych z niskimi emisjami CO2” (odzwierciedlającymi niski poziom rozwoju gospodarczego). Wygląda na to, że Afryka zignoruje europejskie pomysły walki z klimatem przy pomocy nowych podatków i dalej będzie rozwijać się przy pomocy paliw kopalnych, czego chce im zabronić Unia Europejska. [7]

Sokona przypomniał, że 80% energii elektrycznej w Afryce „pochodzi z paliw kopalnych”. „Jeśli spojrzymy na konkluzje najnowszych opracowań na temat Afryki, to przekonamy się, że w perspektywie 2030 r. mniej niż 10% energii pochodzić będzie ze źródeł odnawialnych.” Wprowadzenie granicznych podatków emisyjnych przez Unię Europejską nie usunie zresztą problemu ucieczki emisji CO2 np. do Afryki, biorąc pod uwagę realne możliwości dostępnych technologii. „Będziemy z pewnością przyciągać wysokoemisyjną produkcję, a to może na nowo otworzyć debatę wokół ucieczki emisji CO2”. [8], [9]

Inny z uczestników konferencji, Timothy Gore z Institytu Europejskiej Polityki Ochrony Środowiska, skrytykował koncepcję opłaty ochronnej UE, która ma dotyczyć „małej kategorii towarów o wysokiej intensywności” (emisji CO2). Kraje afrykańskie są w bardzo dużym stopniu uzależnione od eksportu aluminium (który znajduje się na liście produktów podlegających opłacie granicznej - przypis redakcji) i będą bardzo narażone (na jej skutki).

Biden dystansuje się od pomysłu Unii

Jak pisze cytowany już wcześniej analityk indyjski Vilay Raj, koniec poprzedniego i początek obecnego roku zrodził duże zaniepokojenie wśród krajów rozwijających się, korzystających ze specjalnego statusu na gruncie Paryskiego Porozumienia Klimatycznego: „wprowadzenie podatków granicznych od śladu węglowego przez Unię Europejską i ogłoszony przez Joe Bidena plan na rzecz czystej energii wywołały podwójny alarm w krajach rozwijających się.” [5]

Jednak unijny pomysł na likwidację ucieczki emisji CO2 został uznany przez administrację Bidena za błędny. Specjalny wysłannik Bidena ds. klimatu, John Kerry, sam będący od wielu lat jastrzębiem klimatycznym, sprzeciwił się forsowanej przez Unię i Wielką Brytanię propozycji szybkiego wprowadzenia w życie granicznych podatków od śladu węglowego. [1] Administracja Bidena obawia się, że doprowadzi to do zdecydowanego wzrostu protekcjonizmu w handlu światowym. John Kerry powiedział Financial Times, że jest „zaniepokojony” planami Unii Europejskiej i że wprowadzenie takiego granicznego mechanizmu dostosowawczego, jaki proponują Europejczycy, należy traktować wyłącznie jako ostateczność.

„Graniczny podatek od śladu węglowego ma poważne reperkusje dla gospodarek, i dla relacji [między państwami], i dla handlu”, powiedział Kerry. „Myślę, że coś takiego należy traktować raczej jako ostateczność, po tym jak wyczerpiemy możliwości doprowadzenia do redukcji emisji i przyłączenia się do jakiegoś rodzaju paktu, na gruncie którego wszyscy będą ponosić ciężary.” [1]

Sprzeciw ekipy Bidena wynika między innymi z globalistycznej filozofii nowej amerykańskiej administracji — nie tylko w sferze handlu i integracji gospodarczej (unijne propozycje wzmocnią tendencje protekcjonistyczne na świecie), ale także z wiary w rozwiązywanie problemów międzynarodowych w formatach wielostronnych, a nie jednostronnie przez Zachód. USA stawiają sobie zatem za cel de facto renegocjonowanie podstawowych zasad Paryskiego Porozumienia Klimatycznego z partnerami spoza Zachodu. Amerykanie wiedzą doskonale, że na Porozumieniu paryskim tracą, a nie zyskują. Na jesiennym szczycie klimatycznym w Glasgow (COP26) USA zamierzają przekonywać najważniejsze kraje rozwijające się (w tym Chiny i Indie), aby zrezygnowały ze swojego specjalnego statusu i korzyści przyznanych im w ramach Porozumienia paryskiego i poddały się dobrowolnie reżimowi szybkiej radykalnej dekarbonizacji. Wymagałoby to porzucenia przez kraje takie, jak Chiny czy Indie, ich obecnych strategii rozwoju społeczno-gospodarczego. Biorąc pod uwagę długą historię światowych szczytów klimatycznych (COP) graniczyłoby to raczej z cudem, pomimo dużo większego nasilenia wiary rządzących w USA i w Unii w konieczność jak najszybszej światowej dekarbonizacji. Światowi przywódcy wierzą bowiem w teorię globalnego ocieplenia wywołanego przez człowieka i w szczególne właściwości dwutlenku węgla, który ma odpowiadać za „gwałtowne zmiany klimatyczne”.

Dla Amerykanów równie istotne jest to, że unijny mechanizm dostosowawczy, czy też jako obrazowo nazwał go polski portal wysokienapiecie.pl — „klimatyczny domiar podatkowy”, [10] spotka się z wrogim przyjęciem takich ważnych krajów, jak Indie, Filipiny, Indonezja, a nawet Australia, które są jednocześnie kluczowymi strategicznymi partnerami USA w konfrontacji z Chinami.

Amerykanie sprzeciwili się też innemu europejskiemu pomysłowi, tym razem brytyjskiego premiera Borysa Johnsona, aby temat ucieczki emisji CO2 i sposobów zaradzenia niemu znalazł się na agendzie spotkania tzw. państw grupy G7, które ma odbyć się w Kornwalii 11-13 czerwca br. [11] Głównym celem tego pierwszego spotkania liderów największych gospodarek (bez Chin i Rosji) po roku naznaczonym pandemią Covid-19 będzie omówienie „rosnącego zagrożenia ze strony Chin i zapięczętowanie mocnego partnerstwa geopolitycznego”.

Amerykanie nie chcą rozmawiać w Kornwalii o emisjach CO2 między innymi dlatego, że w tym roku na spotkanie doproszeni zostaną także przywódcy Australii, Indii i Korei Południowej. Jak pisze indyjski analityk Vijay Raj, „włączenie tych krajów, zwłaszcza Indii, będzie miało potężny wpływ na propozycje dotyczące wprowadzenia podatku od śladu węglowego, które będą dyskutowane na tym spotkaniu”. [10] Krótko mówiąc, zapieczętowanie owego „partnerstwa geopolitycznego” może się nie udać, jeśli Indie sprzeciwią się zdecydowanie węglowym opłatom granicznym proponowanym przez Europejczyków, ze względu na swoje „jasno określone cele w dziedzinie energetyki, z których wynika konieczność zwiększenia tempa korzystania z paliw kopalnych”. Nie spodziewamy się, by Indie uległy klimatycznym czarom Borisa Johnsona, gdyż decyzje o szybkim rozwijaniu energetyki w oparciu o paliwa kopalne podjęły już dawno i trzymają się tej strategii. Jej zmiana byłaby skrajną nieodpowiedzialnością. [12]

Czy Unia idzie ku zielonemu protekcjonizmowi?

Zapewnienia przewodniczącego Komisji ochrony środowiska Parlamentu Europejskiego, eurodeputowanego Jadota z frakcji Zielonych, że planowana przez Unię opłata graniczna z tytułu wsadu emisyjnego nie jest „środkiem protekcjonistycznym”, który ma chronić europejski przemysł przed konkurencją, nie są w ogóle przekonywujące i trudno się spodziewać, że reszta krajów uwierzy w dobre unijne intencje okraszone klimatycznymi opowieściami o końcu świata.

Unia Europejska stworzyła jednostronnie i na własne życzenie problem elegancko nazywany „carbon leakage”, zgadzając się na wyprowadzenie wysokoemisyjnej produkcji poza swoje granice. W konsekwencji importuje teraz niezbędne jej do życia wyroby, by w ten sposób realizować, chociaż na papierze, własne – niezwykle ambitne cele redukcji emisji CO2 i uznawać samą siebie za „światowego lidera walki o klimat”. Wszystko to oczywiście jest w pełnie zgodne z „wartościami europejskimi”, czyli „kłamcie rano, oszukujcie wieczorem, kradnijcie cały czas”.

Obecnie realizacja „dalszych, ambitnych celów klimatycznych” w ramach Zielonego Ładu bez wprowadzenia mechnizmów protekcjonistycznych — bądź dobrowolnej rezygnacji z konkurencyjnej strategii gospodarczej przez kraje rozwijające się — grozi, jak przyznał to sam komisarz Tiemermans, likwidacją przemysłowych podstaw Zielonego Ładu w Europie. Jest tak dlatego, że Unia wciąż jeszcze oczekuje na pojawienie się w przyszłości technologii umożliwiających budowę konkurencyjnej gospodarki niskoemisyjnej, czy nawet zeroemisyjnej. Tak więc, dopóki owe technologie się nie pojawią, Unia nie ma innego wyjścia jak budować zieloną twierdzę Europa, narzucając cenę emisji CO2 określoną na wewnętrznym rynku Unii lub wznosząc coraz wyższe mury celne wokół swoich granic. W praktyce oznacza to, że za klimatyczne fanaberie europejskich przywódców trzeba będzie zapłacić słone rachunki za importowane rzeczy, absolutnie niezbędne do normalnego funkcjonowania, zaczynając od stali i statków po pralki i lodówki. Będziemy płacić wyższe podatki. Będziemy płacić drożej za energię elektryczną. Będziemy wszystko kupować drożej. A wszystko po to, by osiągnąć klimatyczne zbawienie już dzisiaj i zniszczyć cały europejski przemysł i miejsca pracy.

Tłumaczenie, opracowanie i komentarz

Redakcja stopwiatrakom.eu

Przypisy:

(1) Financial Times, „John Kerry warns EU against carbon border tax” — cytujemy za omówieniem tutaj: https://www.thegwpf.com/europes-green-deal-in-trouble-as-biden-administration-warns-eu-against-carbon-border-tax/  (12.03.2021)

(2) https://www.theguardian.com/uk-news/2019/oct/21/britain-is-g7s-biggest-net-importer-of-co2-emissions-per-capita-says-ons  

(3) https://www.thegwpf.com/european-union-plans-to-tax-developing-nations-to-fund-its-green-deal/; https://www.euractiv.com/section/energy-environment/news/eu-carbon-border-levy-shaping-up-as-notional-ets/?mc_cid=bc2cdba95d&mc_eid=2206e9995b

(4) https://wattsupwiththat.com/2021/03/20/the-contradictory-green-policies-to-limit-co2-emissions/

(5) Vijay Raj, „EU’s Carbon Border Taxes and Joe Biden’s Clean Energy plans: A double threat for developing countries”, blog gwpf.com, publ. z dn. 14.01.2021 r. — https://www.thegwpf.com/eus-carbon-border-taxes-and-joe-bidens-clean-energy-plans-a-double-threat-for-developing-countries/?mccid=bc2cdba95d&mceid=2206e9995b\

(6) https://eur-lex.europa.eu/legal-content/EN-PL/TXT/?from=PL&uri=CELEX%3A32014R0517

(7) https://www.euractiv.com/section/emissions-trading-scheme/news/carbon-border-levy-should-be-in-place-no-later-than-2023-eu-lawmakers-say/

(8) https://www.euractiv.com/section/energy-environment/news/developing-countries-deem-eu-carbon-border-levy-protectionist/; https://www.thegwpf.com/african-countries-deem-eu-carbon-border-levy-protectionist/

(9) https://www.euractiv.com/section/energy-environment/news/poor-countries-in-line-to-receive-funds-from-eu-carbon-border-levy/

(10) https://wysokienapiecie.pl/28396-polska-proponuje-ochrone-klimatyczna-trzech-kluczowych-branz-przemyslu/

(11) https://www.thegwpf.com/boris-johnsons-g7-dilemma-carbon-border-tax-proposals-vs-geopolitical-realism/ (publ. z dn. 17.03.2021 r.)

(12) http://stopwiatrakom.eu/wiadomo%C5%9Bci-zagraniczne/2760-chiny-i-indie-b%C4%99d%C4%85-si%C4%99-przygl%C4%85da%C4%87,-jak-zach%C3%B3d-niszczy-sam-siebie-przez-przymusow%C4%85-dekarbonizacj%C4%99-gospodarki.html – publ. z dn. 13.07.2019 r.

Wszystkim naszym darczyńcom serdecznie dziękujemy. Portal utrzymuje się wyłącznie z prywatnych datków i nie korzystamy z żadnych publicznych pieniędzy. Takie finansowanie gwarantuje nam pełną niezależność a Czytelnikom publikacje, których nie znajdziecie nigdzie indziej. Prosimy o wpłaty na konto w PKO BP SA: 53 1020 2791 0000 7102 0316 5867

Tytuł wpłaty: "Darowizna na stopwiatrakom.eu"

Dziękujemy Państwu za życzliwe wsparcie!