Każdy głos zdrowego rozsądku w sprawach unijnej polityki klimatyczno-energetycznej cieszy i zasługuje na uwagę, zwłaszcza, jeśli pochodzi od osoby mającej dobre rozeznanie w realnej gospodarce w przeciwieństwie do zbiurokratyzowanych struktur unijnych. Już w styczniu tego roku Lakshmi Mittal – Prezes Zarządu i właściciel największego na świecie koncernu produkującego stal (ArcelorMittal http://corporate.arcelormittal.com/) – mówił wprost, że polityka klimatyczna i energetyczna Unii Europejskiej jest karaniem przemysłu stalowego i innych energochłonnych gałęzi przemysłu, mającym ogromny wpływ na ich konkurencyjność. A dalszy wzrost cen energii elektrycznej, nieuchronny wobec konieczności zakupu uprawień do emisji CO2 na rynku, może zniszczyć cały przemysł wytwórczy w Europie. L.N.Mittal podkreśla,  że europejski system handlu emisjami zawiódł i że zamiast doprowadzić do redukcji emisji CO2, stał się kolejnym podatkiem obciążającym przemysł. Jego stanowisko poparł cały przemysł metalurgiczny w Europie przed kolejnym unijnym szczytem poświęconym polityce klimatycznej. Oryginalny tekst dostępny jest tutaj: 

http://www.ft.com/cms/s/0/af5859b0-81c8-11e3-87d5-00144feab7de.html 

Przyjęcie nowych i mocno wyśrubowanych celów klimatycznych przez Unię Europejską, wobec malejącego znaczenia Europejskiej gospodarki w świecie (ok. 10% globalnej emisji dwutlenku węgla) jest strzelaniem sobie w kolano i pozbawianiem Europy miejsc pracy i wpędzaniem krajów na dorobku, jakim jest wciąż Polska, w sferę energetycznego ubóstwa, gdzie energia elektryczna będzie dobrem luksusowym i dla ludzi, i dla przemysłu. Tak długo, jak nie będzie ogólnoświatowego porozumienia w sprawie dekarbonizacji gospodarek, (tak długo lokalne), europejskie pomysły odchodzenia od energetyki i przemysłu opartych o surowce kopalne należy traktować, jak mrzonki lub gruszki na wierzbie.

Należałoby również zrewidować podstawy, u których legła polityka klimatyczna Unii Europejskiej. W opinii Instytutu Globalizacji, po ujawnieniu przed konferencją klimatyczną w Kopenhadze w 2009 r. e-maili, w których prominentni naukowcy działający na rzecz przeciwdziałaniu zmianom klimatu, przyznali się, że wyniki ich badań nie wskazują, że występują drastyczne zmiany klimatu i są one powodowane przez człowieka, wzrósł sceptycyzm opinii publicznej wobec poglądu o gwałtownych zmianach klimatu pochodzenia antropogenicznego. Instytut Globalizacji zwraca uwagę na kolejną porcję korespondencji prowadzonej przez naukowców z Climate Research Unit z Wielkiej Brytanii. Ujawnia ona zaskakujący brak zgodności i skonfliktowanie środowiska publikującego skrajne i alarmistyczne komunikaty dotyczące zmian klimatu.

Niestety, w odniesieniu do polityki klimatycznej można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że w samej Komisji Europejskiej i niektórych krajach Unii niepodzielnie panuje nurt ideologiczny zwany „klimatycznym łysenkizmem”, a będący skrajnym przykładem ideologizacji nauki w czasach sowieckich opartej o pseudonaukowe i pseudofilozoficzne teorie Trofima Łysenki. Oczywiście tak długo, jak Wszechzwiązkowa Akademia Nauk Rolniczych im. Lenina przyjmowała „łysenkizm”, jako jedynie słuszną teorię w naukach biologicznych i rolniczych uprawianych w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, tak długo trzeba w to było wierzyć. Opamiętanie przyszło za późno, długo za późno. Skoro polityka klimatyczno-energetyczna Unii Europejskiej nie przynosi żadnych efektów „w walce z klimatem”, gdyż emisja dwutlenku węgla wciąż rośnie na świecie, a poza wzrostem cen energii elektrycznej, utratą przemysłu w Europie i wzrostem liczby elektrowni wiatrowych, więcej skutków nie widać, to chyba już czas najwyższy pożegnać się z klimatycznym łysenkizmem i przeprosić się z węglem. No chyba, że chcemy przejść do nowego etapu tej polityki i zaczniemy biczować morze rozgrzanym żelazem niczym Kserkses.