6 30 114 0

Na portalu WNP.PL ukazał się interesujący wywiad poświęcony obecnej sytuacji w polskiej energetyce. Krzysztof Sadowski jest szefem części wytwórczej poznańskiego koncernu ENEA i w bardzo prosty sposób tłumaczy skutki prowadzonej przez UE klimatyczno-energetycznej. Z treścią całego wywiadu można zapoznać się tutaj: http://www.wnp.pl/odnawialne_zrodla_energii/prezes-enea-wytwarzanie-nie-mozna-zadac-od-elektrowni-uslug-bez-wynagrodzenia,258847_1_0_0.html,258847_1_0_0.html

Sadowski wyraźnie podkreśla, że uprzywilejowana pozycja OZE w polskim systemie energetycznym oznacza, że wypierają one z rynku elektrownie konwencjonalne na węgiel, których eksploatacja i modernizacja staje się nieopłacalna:

„O ile jeszcze kilka lat temu bloki węglowe pracowały 6-7 tys. godzin w roku to teraz pracują o 1-2 tys. godzin mniej. I coraz częściej pracują na nieekonomicznym poziomie mocy, z gorszymi sprawnościami niż osiągalne i są już często de facto źródłami regulacyjnymi”.

Niesterowalność i niestabilność OZE sprawia, że energia wiatrowa czy energia słoneczna z czysto technicznego powodu nie może być podstawą funkcjonowania systemu energetycznego. Odnawialne źródła mogą pełnić co najwyżej funkcję uzupełniającą i to o tyle, o ile nie destabilizują całego systemu. Tymczasem dalsza budowa przemysłowych farm wiatrowych, która jest przedstawiana jako cudowny lek na problemy polskiej energetyki oznacza, że obecna energetyka traci podstawy swojego funkcjonowania. Słusznie rynek wytwórczy domaga się od operatora systemu wynagradzania za samą gotowość do pracy. W przeciwnym razie elektrownie nie będą zarabiać nawet na swoje utrzymanie.

„(…) jeśli nie zostaną wprowadzone mechanizmy pozwalające utrzymać rentowność bloków energetycznych, to one będą znikały z systemu. Nie od razu, bo zatrzymanie produkcji jest możliwe dopiero 3 lata po zgłoszeniu odstawienia, ale w końcu taki proces się zacznie”.

Skutki tego procesu są łatwe do przewidzenia, gdyż z jednej strony trwa promocja OZE i forsowana jest budowa tych nieefektywnych i drogich źródeł energii, a z drugiej zaś strony następować będzie wyłączanie z sieci bloków konwencjonalnych.

„Wydaje mi się, że jeśli nic się nie zmieni to około 2020 roku deficyt mocy w systemie będzie już wyraźnie widoczny. Wytwórcy energii elektrycznej zgłosili do PSE około 9 tys. MW do odstawienia do 2022 roku.”.

W tej sytuacji ograniczenia w dostawach energii elektrycznej będą coraz częstsze, z blackoutami włącznie. W sierpniu tego roku niewiele brakowało do zatrzymania pracy całego systemu energetycznego. Nasuwa się oczywiste pytanie, kiedy festiwal promocji OZE się zakończy i kto będzie w stanie to przeprowadzić. Scenariuszy jest wiele. Wiara w to, że Unia i jej urzędnicy się opamiętają jest naiwnością. Wiara w to, że główni promotorzy technologii OZE nagle przestaną lobbować jest już śmieszna. Trudno też uwierzyć, że mogą to zrobić sami politycy, bo to w końcu oni wykreowali tego kolosa na glinianych nogach. Wszelkie regulacje prawne ograniczające zalew OZE i tak będą kwestionowane przez UE.

To, co jest możliwe, to sformułowanie jasnego i prostego komunikatu do inwestorów i ich promotorów, że budowa przemysłowych OZE w dowolnie wybranym przez nich miejscu spotka się ze zdecydowanym oporem społecznym, że będzie kwestionowana i podważana na wszystkich możliwych szczeblach administracji i sądownictwa, że nikt im nie odpuści nawet przez lata i że nie tylko nie zarobią na swoich wynalazkach, ale stracą swój czas, nerwy i pieniądze. Jest oczywiste dla nas, że ta bańka spekulacyjna wkrótce się pęknie. Pytanie brzmi tylko, kiedy i z jakim skutkiem.

Redakcja