portal komentarz redakcjiW dniu 1 maja 2004 r. Rzeczpospolita Polska nie tyle uzyskała członkostwo w Unii Europejskiej, ile w wyniku podpisania Traktatu Akcesyjnego została wchłonięta przez IV Rzeszę Niemiecką, która tylko dla niepoznaki nazywa się Unią Europejską i stała się w ten sposób peryferyjną prowincją o statusie protektoratu. Huczne obchody tego wydarzenia w telewizornii i w innych mediach głównego ścieku niestety, ale nie są w stanie przykryć smutnej prawdy, że obecna forma państwowości polskiej ma charakter ułomny, wręcz kadłubkowy i w ogóle nie jest w stanie bronić polskich interesów. Przykładem niech będzie unijna polityka klimatyczno-energetyczna, która niszczy polską energetykę w imię kłamstw o zmianach klimatu czy globalnego ocieplenia wywołanego nadmierną emisją CO2.

Witajcie w protektoracie

Protektorat sam w sobie nie jest niczym nowym i znany jest od czasów starożytnych. [1] Jednak na użytek propagandowy, rządzące Polską elity, w tym i miłościwie panujący rząd Prawa i Sprawiedliwości, starannie unikają nazywania rzeczy po imieniu. Pewnie dlatego, że gdyby naród dowiedział się jak jest naprawdę, to by się  mocno zdenerwował i pewnie pogoniłby ten cały PRL-bis, zwany czasem „republiką okrągłego stołu”. Trwająca od wieków zacięta rywalizacja państw imperialnych o dominację w świecie sprawia, że protekcja jest wygodną i użyteczną formułą utrzymywania w zależności politycznej i gospodarczej państw słabych, które z różnych względów nie są w stanie obronić własnej samodzielności. Istotą protektoratu jest ograniczenie zakresu władzy państwa słabszego do ściśle określonych spraw, uzgodnionych z hegemonem, połączony z obowiązkiem płacenia trybutu oraz lojalnego zachowania się względem hegemona.

Takie rozwiązanie jest korzystne dla państwa dominującego, bo nie musi ono utrzymywać okupacji wojskowej zajętego terytorium i ponosić kosztów zarządzania takim terytorium. Posiada też umowną gwarancję lojalności, że w sprawach kluczowych (polityki zagranicznej, wojskowości czy innych) polityka protektoratu będzie prowadzona zgodnie z oczekiwaniami hegemona oraz kontroluje, kto zarządza protektoratem. Mówiąc wprost, hegemon obsadza stanowiska w protektoracie lojalnymi względem siebie politykami, pozbawionych rozterek moralnych i gwarantujących efektywność takiej politycznej dzierżawy.

Wbrew pozorom takie rozwiązanie jest też korzystne dla elit rządzących protektoratem, choć znacznie mniej korzystne dla zhołdowanego społeczeństwa. Elity mogą sobie rządzić, cieszyć się zewnętrznymi znamionami władzy i bogacić się. Jeżeli elity te rządzą na tyle umiejętnie i płacą regularnie trybut, to w zasadzie mogą być spokojne o swój los. Rządzący, muszą jednak być kompetentni, a z tym w Polsce bywa różnie, najczęściej nie. Rzecz w tym, że danina za zwierzchność nigdy nie jest mała i w miarę upływu czasu wielkość trybutu rośnie wraz z apetytem elit imperium na kolejne zdobycze, aż do końcowego wchłonięcia protektoratu. Taka sytuacja jest nieznośnie uciążliwa dla rządzących protektoratem, gdyż dokręcanie śruby własnemu społeczeństwu nigdy nie spotyka się z aprobatą czy entuzjazmem. Jednak brak wykonywania poleceń hegemona grozi utratą stołków i apanaży oraz zastąpieniem przez jeszcze bardziej uległych i pozbawionych kręgosłupa moralnego polityków. Stąd rządzące protektoratem elity nie mogąc lub nie umiejąc powalczyć z hegemonem o polepszenie własnej pozycji w relacjach z imperium, praktycznie zawsze wybierają jedno rozwiązanie – gnębią własne społeczeństwo, podnoszą podatki, uszczelniają system i płacą trybut, który może przybierać różne formy. A to „składka członkowska na rzecz Unii Europejskiej”; a to dostarczenie rąk do pracy (emigracja zarobkowa); a to zakup drogich i nikomu niepotrzebnych urządzeń (budowa wiatraków); a to specjalne przywileje dla zagranicznych inwestorów, którzy kupują tanio udziały w rynku; a to narzucanie nowego kodu kulturowego i nowej religii dominującej w imperium (ideologia gender czy wiara w globalne ocieplenie pod wpływem w dwutlenku węgla). Przykłady można mnożyć, bo i formy wysługiwania się i opłacania się hegemonowi się zmieniły. Nie zmienił się natomiast efekt końcowy, czyli doprowadzenie zwasalizowanych państw i obszarów do stanu bezbronności, bezwzględna eksploatacja finansowa oraz w konsekwencji wchłonięcie ich przez imperium. Polska już raz przerabiała taki scenariusz w XVIII w., więc dziwi bezwolność naszych elit, które nie widzą nieuchronnego końca tej „przygody z Unią Europejską”.

„Wartości europejskie”

Prawidłowa ocena stanu relacji Polska – Unia Europejska ma bardzo istotne znaczenie dla zrozumienia sytuacji politycznej, społecznej i gospodarczej, w której znaleźliśmy się jako naród. Bez nazwania tej relacji po imieniu, stajemy się bezbronni wobec zalewu medialnej sieczki serwowanej nam codziennie przez elity rządzące i wspierające je media pracujące w służbie ciszy. Wbrew opinii osób naiwnie wierzących, że „projekt europejski” to samo dobro dla Polski, na które długo czekaliśmy, proponujemy, by spojrzeć na to wszystko trzeźwym okiem. Dostrzeżemy wtedy, że elity rządzące Unią Europejską (francusko-niemiecki tandem pod przewodnictwem Berlina) realizują bardzo konkretny plan nastawiony na realizację poniższych celów. Występują one w praktyce pod hasłem „wartości europejskich”, ale poniższa lista temu przeczy. Te unijne cele to:

1) dezinformacja społeczeństw. To przy pomocy zależnych od władzy mediów wprowadzane są do obiegu błędne i oszukańcze informacje, które niczego nie wyjaśniają, a służą jednie kreowaniu nastrojów społecznych i zaciemnianiu istniejącego stanu rzeczy. Świadome posługiwanie się kłamstwami oraz manipulacjami jest immanentną cechą „projektu europejskiego”, który z kolei jest całkowicie oderwany od źródeł i wartości cywilizacji łacińskiej;

2) demoralizacja społeczeństw od samego urodzenia. Trudno tutaj o lepszy przykład niż usilne promowanie przez Unię Europejską ideologii gender i zwalczanie tradycyjnej rodziny, małżeństwa i prawa rodziców do wychowania własnych dzieci. Społeczeństwa, pozbawione oparcia w religii i etyce, są łatwym łupem propagandzistów i innych mędrków od zbawiania świata;

3) deindustrializacja gospodarek europejskich. Odbywa się to raz przy pomocy waluty euro, a dwa przy pomocy unijnych regulacji prawnych, niezmiennie realizujących niemieckie interesy gospodarcze;

4) dezintegracja wszystkich struktur społecznych oraz niszczenie instytucji rodziny i małżeństwa, poprzez zastępowanie ich dyskrecjonalną władzą urzędów;

5) degrengolada postaw moralnych osób sprawujących najwyższe funkcje polityczne, które nie reprezentują sobą żadnych wartości etycznych i są nastawione jedynie na czerpanie profitów z władzy;

6) depolityzacja, czyli odpodmiotowienie społeczeństw i państw na rzecz wszechwładnej eurobiurokracji, która chce decydować sama o wszystkim, co się dzieje w całej Unii Europejskiej. Trwa nieustająca ekspansja ustawodawstwa europejskiego, które obejmuje w tej chwili ok. 80% nowo tworzonego prawa w Polsce. Ilość tych przepisów przytłacza, a proponowane rozwiązania praktycznie w każdej sytuacji w ogóle nie odpowiadają polskim interesom;

7) depopulizacja społeczeństw i zastępowanie ich imigracją z państw odmiennych kulturowo i cywilizacyjnie. W wyniku prowadzonej polityki demoralizacji w Europie w szybkim tempie spada liczba urodzin, efektem czego została już zerwana zastępowalność pokoleń. Bez regularnego zasilania w nowych pracowników, systemy emerytalne, zabezpieczenia społecznego oraz systemy podatkowe już dawno runęłyby w gruzach. Tymczasem sprowadzani na masową skalę imigranci spoza Europy i europejskiego kręgu kulturowego, żyją głównie z zasiłków i w szarej strefie, obciążając budżety państw i samorządów kosztami swojego utrzymania, integracji oraz pilnowania porządku.

Dopiero po tych celach widać, z jakiej perspektywy powinny być oceniane relacje Polski z Unią Europejską. Status protektoratu oznacza, że powyższe cele są narzucane odgórnie przez instytucje europejskie i to bez możliwości ich jakiejkolwiek modyfikacji, zmiany czy też adaptacji do lokalnych realiów.

Lekcja z nieudanego „Brexitu” dla Polski

O tym, że nawet państwo poważne, dzięki unijnym regulacjom można sprowadzić do poziomu protektoratu, boleśnie przekonała się Wielka Brytania, która mimo oczywistego wyniku referendum, presji ze strony własnych obywateli i przegranej „projektu europejskiego” dalej samotnie zmaga się z problemem czy można zrzucić z siebie jarzmo unijnego poddaństwa bez wywoływania wojny. Twardy Brexit okazał się być scenariuszem zbyt trudnym do realizacji dla rządu premier May, choć był on na wyciągnięcie ręki. Nieudolność rządu Theresy May była widoczna na każdym kroku. Jednak brytyjski rząd zderzył się z czymś, do czego nie był kompletnie przygotowany, czego nie przemyślał i nie przyswoił. Ten rząd zderzył się z  prawdziwym obliczem europejskiego państwa federalnego, czyli twardą pałką w ręku niemieckiego żandarma.

Natura Unii Europejskiej nie jest trudna do zrozumienia, wymaga jednak intelektualnej odwagi i wyjścia poza schemat myślenia w kategoriach poprawności politycznej. W tym miejscu warto zacytować jednego z najlepszych publicystów na Wyspach – Jamesa Delingpole, który jeszcze w styczniu br. napisał tak:

Unia Europejska jest totalitarnym superpaństwem kierowanym przez wyrafinowanych, wyuzdanych technokratów, których ani trochę nie interesuje wolność, sprawiedliwość, uczciwość, prawość, logika, podstawowe zasady ani rzeczywistość ekonomiczna. Ich projekt jest - i zawsze był - celem samym w sobie: to spisek liberalnej elity przeciwko zwykłym ludziom w celu ich podporządkowania, czy im się to podoba, czy nie, ogromnej, antydemokratycznej, politycznie poprawnej, socjalistycznej, działającej ponad granicami, ponadnarodowej machinie biurokratycznej z własnym rządem, wojskiem, walutą, podatkowym reżimem oraz  systemem reguł.

Dlaczego powtarzam tę oczywistą prawdę? Po pierwsze dlatego, że zawsze trzeba znać swojego wroga. Po drugie, ponieważ nasza elita optująca za pozostaniem Wielkiej Brytanii w UE - od Westminsteru poprzez wielki biznes aż do naszych bezwolnych mediów głównego nurtu – robi wszystko, żeby zamydlić nam oczy, tak że łatwo można stracić z oczu podstawowy fakt. (…)

Główne przesłanie skierowane przez  szefów UE i komisarzy, z którymi przeprowadzono wywiady w filmie dokumentalnym (Inside Europe Normy Percy przyp. tłum.), nie mogło być wyraźniejsze ani bardziej jednomyślne. It boiled down to: we don't do negotiations. Sprowadzało się ono do jednego zdania: my nie negocjujemy.

Były francuski prezydent François Hollande podsumował to dobrze. Dave (David Cameron przyp. tłum.) zabawiał go w Checkers - prywatnej rezydencji premiera - pełnej historycznych reliktów, które należały niegdyś do Napoleona (obdarowanego z kolei przez byłego premiera, Duka Wellingtona). Jednak pomimo poufałych pogaduszek i nostalgicznej podróży do krótkiego okresu, kiedy Francja coś znaczyła, Hollande nie mógł zaoferować niczego w zamian.

Jak wyjaśnił w dokumencie:

„Wszelkie ustępstwa poczynione na rzecz Wielkiej Brytanii w sprawie swobody przemieszczania się w UE byłyby jednakowo oczekiwane przez inne państwa członkowskie. Powiedziałem mu szczerze, że jeśli wynegocjuje dobry deal dla  Wielkiej Brytanii ... wtedy inne kraje pod wpływem populistycznej presji spróbują zorganizować własne referenda w sprawie wyjścia z Unii”.

Proszę zwrócić uwagę na charakterystyczną pogardę elity europejskiej  dla zwykłych ludzi - "populistyczną presja". Ale to, co mówi Hollande, przynajmniej z punktu widzenia UE, jest absolutnie logiczne i ma sens. (…)

Unia Europejska nie jest klubem, który utrzymuje swoich członków w poczuciu zadowolenia, nagradzając ich wszelkimi dodatkowymi korzyściami z członkostwa. Przypomina ona bardziej więzienie, w którym korzyści z pozostawania w nim sprowadzają się głównie do zachęt w rodzaju: „Jeśli nie będziesz próbował uciec, nie zastrzelimy cię ..." (…)

Ci ludzie to nasi wrogowie. Proszę o tym nigdy nie zapominać. Nie mamy wspólnych celów z mieszkańcami Francji, Niemiec ani z żadnym innym państwem europejskim. Ale liderom zaangażowanym w europejski projekt chodzi o coś innego: takie niewydarzone postacie jak Nicolas Sarkozy i Emmanuel Macron, choć mogą nie sprawiać takiego wrażenia, są równie wielkim zagrożeniem dla naszej suwerenności, niezależności i swobód jak swego czasu Napoleon; Kanclerz Merkel, w jej maminy, protekcjonalny sposób, nie jest tak naprawdę nastawiona do brytyjskiego interesu narodowego bardziej przyjaźnie, niż był jeden z jej poprzedników z charakterystycznym wąsikiem. Fakt, że nie zagrażają nam oni siłą broni jest tylko odzwierciedleniem ich preferowanej metodologii oraz czasów – ale w żadnym wypadku nie ich intencji. Chcą nas zmiażdżyć i skłonić do wykonywania ich woli nie przy użyciu woltyżerów i gwardii imperialnej lub bombowców Junkers Ju 87 Stuka, ale za pomocą niekończącej się biurokracji oraz dyrektyw. Junkers Ju 87 w loce nurkującym

Już wcześniej pokonaliśmy tych drani - wiele, wiele razy więcej, niż oni pokonali nas. Możemy znów ich pokonać. To wojna o niepodległość, toczymy ją o przyszłość naszego kraju. W takich okolicznościach prawie każda niedogodność, nawet cierpienie, są warte zdobycia ostatecznej nagrody zwycięstwa - i wolności.” [2]

I co dalej?

Odpowiedź jest w zasadzie prosta. Każdy dzień, miesiąc i rok w Unii Europejskiej osłabia polską państwowość, gospodarkę i społeczeństwo. Dzisiaj trwa stałe umacnianie unijnej hegemoni w każdym z obszarów jej władzy i nic nie wskazuje na to, by ktokolwiek w Berlinie, Brukseli czy Paryżu myślał, że „projekt europejski” można skończyć lub zmodyfikować tak, by był bardziej znośny dla obywateli Unii. Dla unionistów, ich projekt działa znakomicie i z oczywistych względów nie są zainteresowani zmianą czegokolwiek. Co więcej będą dalej umacniać swój ład i zwalczać każdego, kto kwestionuje obecny status quo. Unioniści nazywają ich dzisiaj „populistami”, ale to tylko obelga wobec każdego jasno i logicznie myślącego człowieka, który widzi rzeczy takimi, jak one są bez względu na miejsce urodzenia czy kraj pochodzenia.

Także w Polsce prawdziwy, polityczny spór toczy się pomiędzy unionistami, dążącymi do dokończenia budowy federalnego państwa europejskiego z własną armią, własną walutą, własnymi podatkami i rządem, a secesjonistami, dla których istnienie państw narodowych jest warunkiem niezbywalnym dla ochrony podmiotowości i integralności społeczeństw. Na razie w Polsce dominują unioniści, zadowoleni ze statusu unijnego protektoratu, gdyż zarówno partie rządzące, jak i opozycyjne nie różnią się w tym względzie niczym specjalnym. Ich wzajemne spory i walki są sporami o różnicę łajdactwa, którego są w stanie się dopuścić na własnym społeczeństwie, byle tylko spełnić kolejne żądania hegemona. Warunkiem jednak przetrwania narodu polskiego jest jak najszybsze zakończenie unijnego protektoratu i rozpoczęcie budowy własnej podmiotowości w świecie. W pierwszej kolejności powinniśmy dbać o własne interesy a nie w podskokach realizować cudze.

Redaktor Naczelna

Redakcja stopwiatrakom.eu

Przypisy:

[1] https://encyklopedia.pwn.pl/haslo/protektorat;3962851.html

[2] https://www.breitbart.com/europe/2019/01/29/eu-enemy-like-napoleon-it-must-be-defeated-brexit/