Przedstawiamy niedawną rozmowę z Heimke i Pieterem Hogevenaami z Północnej Fryzji w niemieckim programie telewizyjnym „Unter uns” z 23.10.2015 r.

Wideo zaopatrzone jest w polskie napisy. Polska wersja językowa powstała we współpracy z międzynarodowym portalem http://en.friends-against-wind.org. Dziękujemy!

Ta relacja osób doświadczających dramatycznych skutków bliskiego sąsiedztwa turbin wiatrowych stanowi kolejny dowód na to, że wiatraki emitują infradźwięki, które są szkodliwe dla ludzi. Warto też zauważyć, że farma, o której mowa w tym wywiadzie, znajduje się na obszarze ochrony nietoperzy.

Demokracja energetyczna w praktyce

W Polsce twierdzi się, że rozwój OZE (tj. farm wiatrowych) może być przyjazny dla społeczności wiejskich. Trzeba tylko zadbać, by instalacje takie jak farmy wiatrowe stały się własnością nie wielkich firm czy „kapitalistów”, lecz lokalnych społeczności. W ten sposób możemy rozwijać „demokrację energetyczną”.

W Niemczech „demokracja energetyczna” jest rozwijana głównie w formie Bürgerwindparkprojekten, czyli tzw. obywatelskich farm wiatrowych. Rzecz polega na tym, że mieszkańcy gminy, w której proponuje się postawienie farmy wiatrowej, mają okazję nabyć udziały w takiej farmie.

Są jednak dwa zasadnicze problemy z takim modelem własności wiatraków, które wyraźnie wynikają z tej rozmowy. Program potwierdza zresztą dotychczasowe doświadczenia w tej dziedzinie, zarówno w Europie, jak i w USA czy Australii.

Pierwszy z problemów polega na tym, że jakkolwiek własność turbin jest formalnie „rozproszona” między mieszkańców, to prawdziwym właścicielem pozostaje bank, który skredytował te udziały. Nawet w najbogatszych krajach zwykli mieszkańcy wsi nie dysponują bowiem aż tak znaczną ilością wolnej gotówki. Dodatkowo najlepiej na takiej inwestycji wychodzą jej lokalni „organizatorzy”, czyli pośrednicy finansowi, w naturalny sposób powiązani z władzą gminną.

Drugi kłopot, psujący obraz idyllicznej „demokracji energetycznej”, wynika z tego, że lokalni właściciele nawet najmniejszych udziałów w farmie wiatrowej, są żywotnie zainteresowani tym, aby przynosiła ona największe zyski, a więc pracowała bez żadnych zakłóceń czy przerw.

Dlatego los ludzi, na których spadają uciążliwości związane z sąsiedztwem takiej farmy, nie jest wcale łatwiejszy niż gdyby farma należała do „wielkiej korporacji”. Po prostu lokalni mieszkańcy stają się bezwzględni, jeśli coś zagraża ich inwestycji. To samo dotyczy zresztą przyrody, kiedy wchodzi ona w drogę obecnym lub przyszłym promotorom i właścicielom „obywatelskiej farmy”. Niemiecki portal windwahn.de często donosi o przypadkach trucia chronionych ptaków przez „nieznanych sprawców” , niszczenia ich gniazd lub wycinania cennych drzew, które mogą zagrażać pozytywnej „ocenie oddziaływania na środowisko” lokalnej inwestycji wiatrakowej.

Taki jest kontekst doświadczenia, które jest udziałem Heimke i Pietera Hogeveenów.

Redakcja