Jak podał portal gramwzielone.pl Niemcy zwiększyły ilość zainstalowanych elektrowni wiatrowych na lądzie i morzu w na koniec czerwca 2016 r. Nominalna moc wszystkich elektrowni wiatrowych posadowionych na lądzie wynosi 43.540 MW i jest ich już ponad 26.500 sztuk. Do tego należy doliczyć 835 elektrowni wiatrowych na morzu (offshore) o mocy zainstalowanej sięgającej 3.552 MW. Dla porównania w Polsce całkowita moc zainstalowana wszystkich OZE (wiatraki i inne OZE) na koniec 2015 r. wyniosła 5.687 MW (dane URE).

Na zdrowy rozum, ciężko jest pojąć niemiecki entuzjazm w stosunku do elektrowni wiatrowych, których zdolność do zapewnienia stałego dostępu do energii elektrycznej jest wątpliwa. Ten entuzjazm kosztuje Niemców 24 mld euro rocznie (ok. 105 mld zł) i najwyższe obok Danii ceny energii elektrycznej dla konsumentów. Na produkcji elektrowni wiatrowych zyskuje niewątpliwie niemiecka gospodarka, której „biznesowe sukcesy” gwarantowane są przez rządowe regulacje wymuszające zwiększanie udziału OZE w energetyce. Ścisły sojusz biznesu z rządem, to nie tylko niemiecki patent na sukces gospodarczy, choć w przypadku naszych zachodnich sąsiadów, to raczej lobby biznesowe kieruje rządem niż odwrotnie. Działa to w prosty sposób, gdyż producenci urządzeń OZE, poprzez oficjalny, jak i nieformalny wpływ na regulacje prawne na poziomie rządu, gwarantują sobie zbyt na własne urządzenia czy usługi. Kluczowe znaczenie polityczne odgrywa powołane 30 lat temu niemieckie Federalne Ministerstwo Środowiska (Bundesministerium für Umwelt, Naturschutz, Bau und Reaktorsicherheit), którego szefami byli i obecna kanclerz Angela Merkel i Minister Gospodarki Sigmar Gabriel. Tutaj tkwi źródło, z którego bije niemiecka polityka energetyczna (Energiewende), czy też unijna polityka klimatyczna. Tutaj też powstał pomysł tak promowanego przez Niemcy „nowego modelu rynku energii”, którego esencją jest prawny przymus odbioru energii wytworzonej przez źródła odnawialne. Przymus ten zmienia zasady funkcjonowania pozostałych uczestników rynku wytwarzania energii, gdyż zawsze daje pierwszeństwo produkcji pochodzącej od OZE. Ten rodzaj rynkowego uprzywilejowania – pierwszeństwo zbycia własnej produkcji – jest zwykłym nadużyciem ze strony ustawodawcy wobec innych wytwórców energii, ale opakowany w hasła „zielonej energii”, „ratowania klimatu” czy „walki z globalnym ociepleniem” wygląda już całkiem atrakcyjnie. Wszystko to do czasu, aż zaczyna się mieszkać pod wiatrakami. Gdyby niemiecka transformacja energetyczna ograniczyła się tylko do samych Niemiec, to nie byłby to nasz problem. Niech sobie postawią tyle wiatraków ile chcą. Niestety „ratowaniem klimatu” przy pomocy energetyki zajęła się też i Unia Europejska. W efekcie i nas przymuszają do kochania OZE i wiatraków. Całe szczęście, bez wzajemności, czego ustawa odległościowa dowodem.

Redakcja stopwiatrakom.eu

Źródło:

http://gramwzielone.pl/energia-wiatrowa/22650/niemcy-juz-nie-buduja-farm-wiatrowych-73-proc-wzrost-inwestycji

http://www.bmub.bund.de/themen/