portal klimat i czlowiekNiezawodny w swoich klimatycznych obsesjach, brytyjski dziennik „The Guardian” wprowadził do swojego „słownika” nowe pojęcia, którymi mają posługiwać się dziennikarze piszący o klimacie. Założeniem tych zmian jest używanie takich terminów, które mają lepiej opisywać „kryzysy środowiskowe”, przed którymi stoi dzisiaj świat. [1] Nowe pojęcia mają mieć bardziej emocjonalne zabarwienie, by w czytelnikach wywoływać strach przez zmianami klimatu, a przez to by poparli oni ideologów zrównoważonego rozwoju z ich fiksacją na punkcie węgla i dwutlenku węgla.

Sekta alarmistów klimatycznych prowadzi swoją rewolucyjną walkę o dekarbonizację światowej gospodarki m.in. przy pomocy siania strachu wśród społeczeństw przed gwałtownymi zjawiskami pogodowymi. Lęk przed silnym wiatrem, burzami, powodziami, suszą, upałem, trzęsieniami ziemi czy wybuchami wulkanów na trwałe wpisany jest w kondycję ludzką, jako instynkt przetrwania. Współcześni demagodzy i polityczni propagandziści doskonale wiedzą, że żerowanie na pierwotnych ludzkich instynktach umożliwia sterowanie całymi masami ludzi, uniemożliwiając im racjonalną ocenę sytuacji. Z chwilą, gdy wzbudzą się silne emocje, to racjonalny umysł szuka dla nich uzasadnienia bez względu na to czy jest ono prawdziwe czy też nie. Wystarczy, że będzie ono prawdopodobnie prawdziwe. Ten psychologiczny mechanizm „racjonalizowania” własnych emocji jest powszechnie znany a przez to wykorzystywany m.in. przez media, polityków i sprzedawców do narzucania innym własnego sposobu widzenia świata.

time 1594638 1280

fot. Obraz Thomas Skirde z Pixabay 

Skrajnie lewicowy brytyjski „The Guardian” znany jest ze swojego zaangażowania po stronie alarmistów klimatycznych, dla których, za sprawą dwutlenku węgla, nadchodzą właśnie czasy ostateczne. Przyczyny zagłady ludzkości upatrują oni w przemysłowej aktywności człowieka, a w szczególności w wydobyciu i wykorzystywaniu węglowodorów na masową skalę. Pogląd ten w swojej radykalnej wersji traktuje człowieka i jego cywilizację, jako „szkodnika”, który zagraża Ziemi i którego najlepiej byłoby wyplenić i zdepopulizować. Stąd też i pisane w dramatycznym tonie słowa: „Ludzie potrzebują przypominania, że kryzys klimatyczny nie jest już przyszłym problemem – musimy zająć się nim już teraz i codziennie.” [1]

Dzisiaj, walka z klimatem wysunęła się na czoło wszystkich problemów z jakimi zmaga się ludzkość pewnie dlatego, że daje szansę na utworzenie jednego, globalnego pieniądza w postaci uprawnień do emisji CO2, który będzie pod pełną kontrolą rynków finansowych. Koncepcję taką przedstawił chiński ekonomista Song Hongbing. Pisaliśmy o tym w tekście z dnia 3 stycznia br. wskazując, że:

„Dzisiaj, gdy już wiemy, że polityka klimatyczno-energetyczna służy kontrolowaniu rozwoju gospodarczego państw słabych i biednych przez państwa silne i bogate, to rozumiemy też przyczyny, dla których funkcjonuje teoria „globalnego ocieplenia się klimatu w wyniku działalności człowieka”. Alarmizm klimatyczny doskonale służy sianiu paniki i strachu wśród szerokiej rzeszy społeczeństwa, które nie ma pojęcia, jak bardzo złożonym zjawiskiem jest klimat i procesy go regulujące. Redukcja zjawisk klimatycznych na Ziemi do jednego czynnika, jakim jest stężenie CO2 w atmosferze, jest sama w sobie tak absurdalna, że nie byłaby warta uwagi, gdyby nie przemysł rozrywkowy, który przez filmy katastroficzne, telewizję i inne media oraz polityków – aktywistów klimatycznych, podgrzewa histerię. W atmosferze strachu i histerii łatwiej jest przeforsować nowe rozwiązania polityczne i prawne, których rzeczywisty cel jest głęboko ukryty.” (…)

„Zachód przygotowuje plan włączenia ochrony środowiska w system pieniężny już od blisko czterdziestu lat. Jeśli nie wiążą się z tym ogromne korzyści, któż spędziłby tak dużo czasu i wydał tak wiele pieniędzy na promowanie idei redukcji emisji dwutlenku węgla? Jest mnóstwo innych obszarów i problemów wymagającej natychmiastowej interwencji i zaangażowania.” [2]

Powtórzmy raz jeszcze – alarmizm klimatyczny służy sianiu paniki i strachu w społeczeństwie z czysto merkantylnych powodów. Sponsorzy alarmizmu, czyli rynki finansowe, zarabiają na handlu uprawnieniami do emisji CO2, kontrolując w ten sposób wielkość produkcji przemysłowej w krajach, które wprowadziły u siebie system handlu emisjami CO2. Stąd zrozumiałe się staje nieustające straszenie w mediach i przez populistycznych polityków „kryzysem klimatycznym”, „destabilizacją klimatu”, „załamaniem się pogody”, „zniszczeniem środowiska” czy „dewastacją klimatu” przy pomocy wciąż nowych argumentów oraz pojęć, gdyż te stare zostały już oswojone przez społeczeństwa i nie wywołują już paniki, ani innych emocji umożliwiających manipulowanie szeroką publicznością.

W tym kontekście, manipulacje pojęciami w zakresie informowania o zmianach klimatycznych, ogłoszone przez Katharine Viner – naczelnego wydawcę „The Guardian”, są racjonalne, gdyż mają służyć wzmożeniu nacisku na polityków i wywołanie presji społecznej na dalszą realizację polityki dekarbonizacji. Co zatem proponuje naczelna „The Guardian”? 

1013.1 Foto słowniczek

Z treści komunikatu wynika jednoznacznie, że preferowany sposób opisywania „zmian klimatycznych”, to: „kryzys klimatyczny, kryzys lub załamanie”, a zamiast „globalnego ocieplenia” preferuje się „globalne ogrzewanie”. Nawet jeśli używanie dotychczasowych terminów nie jest zakazane, to i tak komunikat kierownictwa redakcji jest zrozumiały. Od dzisiaj straszymy czytelników coraz mocniej bez względu na fakty.

„Chcemy mieć pewność, że jesteśmy naukowo precyzyjni, a jednocześnie dokładnie komunikujemy się z czytelnikami w tej bardzo ważnej kwestii” - napisała redaktor naczelna Katharine Viner. „Na przykład wyrażenie„ zmiana klimatu” brzmi nazbyt  biernie i łagodnie, podczas gdy to, o czym mówią naukowcy, jest katastrofą dla ludzkości”.

„Coraz częściej klimatolodzy i organizacje z ONZ do Met Office zmieniają swoją terminologię i używają silniejszego języka, aby opisać sytuację, w której się znajdujemy” - powiedziała. [1]

Najbardziej szokującym elementem tej zmiany słownictwa proponowanej przez „The Guardian” jest „aktualizacja” terminu „sceptyk klimatyczny” [ang. „climate sceptic”] na „kłamca klimatyczny” [ang. „climate denier], co ma już jednoznacznie pejoratywne znacznie. W języku angielskim użycie słowa „denier” występuje w kontekście osób zaprzeczających holokaustowi Żydów podczas II Wojny Światowej. Stąd w języku polskim występuje nawet ustawowy termin „kłamstwa oświęcimskiego”, na określenie tego rodzaju poglądów.

O tej językowej manipulacji, jednoznacznie negatywnie wypowiedział się znany sceptyk teorii o antropologicznych źródłach globalnego ocieplenia – James Delingpole:

Jeszcze bardziej problematyczne jest użycie słowa „denier”, które domyślnie odwołuje się do Holokaustu - i czyniąc to niezrozumiale i nieodpowiedzialnie „stawia sceptycyzm wobec antropogenicznego globalnego ocieplenia” w tej samej kategorii pojęciowej, co i „zaprzeczanie temu, że Hitler zamordował sześć milionów Żydów.”

„Użycie pojęć „kłamca klimatyczny” lub „negacjonista klimatyczny” zamiast „sceptyka klimatycznego” sprawia, że ​​twierdzenie pani Viner, że „The Guardian” stara się być bardziej „naukowo precyzyjny i zakorzeniony w faktach”, jest kompletnym nonsensem.

Początkowe założenie, że ​​„nauka o klimacie” jest ustalonym zbiorem poglądów o tym jak działa klimat - zwyczajnie nie jest prawdą. Istnieje wiele konkurencyjnych teorii na temat tego, co jest przyczyną zmian klimatu. Podczas gdy alarmiści klimatyczni upierają się, że ostatnie ocieplenie jest spowodowane głównie przez człowieka i napędzane antropogenicznym CO2, to wielu innych szanowanych naukowców uważa, że ​​wynika to z połączenia wielu czynników, od aktywności słonecznej po cykle oceaniczne.

W istocie rzeczy nie ma czegoś takiego, jak „kłamca klimatyczny”, ponieważ nawet najbardziej żarliwy sceptyk nie zaprzecza istnieniu „nauki o klimacie”. (…)

Istnieje nazwa tego, co robi, ale nie jest „dziennikarstwo”. To słowo - na wypadek, gdyby pani Viner miała ochotę dodać ją do przewodnika po słowniku „The Guardian” - to „propaganda”. [3]

logo stop wiatrakom mini[Nasz komentarz] Konkludując tę bezczelną manipulację językiem dokonaną przez naczelną „The Guardian” można pokusić się o stwierdzenie, że mamy dzisiaj do czynienia nie tyle z „kryzysem klimatycznym”, ile z „kryzysem wiedzy o klimacie” wśród osób wykonujących zawód dziennikarski oraz wśród polityków. Ten kryzys, to pochodna braków w wykształceniu i wychowaniu, gdyż posługiwanie się kłamstwem jest nie tylko grzechem, ale też świadczy o amoralnym charakterze, który nie zna i nie szanuje żadnych zasad oraz wartości. Pecunia non olet.

Wskazywanie, że dominującym i w zasadzie jednym czynnikiem kształtującym klimat na Ziemi jest dwutlenek węgla i domaganie się z tego powodu radykalnej dekarbonizacji całej gospodarki oraz ponoszenia wielomiliardowych kosztów na rozwój tzw. „odnawialnych źródeł energii” jest doskonałym dowodem na „kryzys rozumu”, a nie na „kryzys klimatyczny”. Cała ta hucpa, z klimatem nie ma nic wspólnego, za to z wyrafinowanym oszustwem na skalę światową już bardzo wiele. Niestety, ale większość mediów głównego nurtu oraz polityków będzie bezmyślnie posługiwać się pojęciami, których znaczenia i celu nie rozumie. W tym przypadku mamy do czynienia z gamoniami klimatycznymi, nową formą pożytecznego idioty.

Ceterum censeo, molendia delendas esse.

Redakcja stopwiatrakom.eu

Przypisy:

[1] https://www.theguardian.com/environment/2019/may/17/why-the-guardian-is-changing-the-language-it-uses-about-the-environment

[2] http://stopwiatrakom.eu/aktualnosci/2669-czy-limity-uprawnie%C5%84-do-emisji-co2-stan%C4%85-si%C4%99-now%C4%85-walut%C4%85-%C5%9Bwiatow%C4%85-zamiast-ameryka%C5%84skiego-dolara.html

[3] https://www.breitbart.com/europe/2019/05/17/guardian-re-names-climate-change-global-heating-to-sound-scarier/