^Do góry

Wiadomości po angielsku

Uwagi prawne

Blog Barbary Lebiedowskiej

portal komentarz redakcjiW dniu 1 września 2016 r. ukazał się dramatyczny list otwarty do premier Beaty Szydło przygotowany przez Polską Izbę Gospodarczą Energetyki Odnawialnej i Rozproszonej (PIGEOR). Branża domaga się m.in. zablokowania „szkodliwych działań podejmowanych i promowanych przez Ministerstwo Energii”.

Na portalu GramWZielone.pl można zapoznać się z całym listem PIGEOR, w którym można przeczytać m.in. że „Niepubliczni Inwestorzy z branży energetyki odnawialnej w Polsce od kilku lat wystawiani są przez rządzących na ciężkie próby, osłabiające coraz bardziej zdolność i wolę do realizacji planowanych przedsięwzięć” oraz „Jednocześnie w publicznych wystąpieniach prominentni przedstawiciele Rządu i Parlamentu przekazywali i nadal przekazują opinii publicznej wiele półprawd, a nawet nieprawdziwych informacji, mających w szczególności uzasadniać nie mające precedensu w polskiej historii gospodarczej uderzenie tylko w jedną branżę – branżę energetyki wiatrowej. W najlepszym przypadku świadczy to o braku wiedzy w tej dziedzinie i uleganiu demagogicznym argumentom.”

Dalej są też zarzuty o celowych działaniach Ministerstwa Energii mających na celu szkodzenie branży wiatrowej i w ostateczności doprowadzenie do przejęcia majątku inwestorów prywatnych przez fundusze inwestycyjne lub kontrolowane przez Państwo spółki energetyczne. Porównuje się też działania rządu do domiarów wymierzanych przez władze PRL tzw. „prywaciarzom”. W taki oto sposób branża „prosi” o pomoc.

Po lekturze tego listu otwartego dziwi mnie przede wszystkim jego ostry i napastliwy ton skierowany w stronę obecnego rządu, któremu przyprawia się gębę przeciwnika OZE, choć wcale tak nie jest. PIGEOR wrzuca do jednego worka wiele różnych zarzutów, które dotyczą różnych spraw, różnych osób i sytuacji związanych z branżą OZE, w tym i z energetyką wiatrową. Nie ma co odpowiadać za rząd na ten list, bo ma on swoich ministrów i rzeczników, ale warto odnieść się do podanych „argumentów”. Nie można pozostawić bez odpowiedzi zarzutów, których sformułowanie świadczy co najmniej o braku taktu i krótkiej pamięci. Powtarzanie zaś w kółko tych samych sloganów przez zwolenników OZE nie przybliża nas do odpowiedzi na proste pytanie. Po co w ogóle nam są potrzebne OZE w energetyce? W zasadzie jedyna odpowiedź jaka najczęściej pada na to pytanie brzmi „Bo Unia nam każe”.

Zacznijmy jednak od początku. Branża OZE cierpi z powodu własnych, rozwijanych bez patrzenia na otoczenie rynkowe, możliwości mocy produkcyjnych. Jest to efektem funkcjonowania poprzedniego systemu wsparcia OZE instrumentem zwanym „zielonymi certyfikatami”. Certyfikaty te dostawało się i będzie dostawać, bo nikt tego systemu wsparcia nie likwiduje, tylko za sam fakt wyprodukowania określonej ilości tzw. „zielonej energii”. W pierwotnych założeniach ustawy o OZE miała ona obowiązywać do końca 2015 r., jednak obecny rząd premier Szydło poszedł na rękę inwestorom i wydłużył jej obowiązywanie o kolejne pół roku. Nowy rząd wcale nie musiał tego robić. Aukcyjny system wsparcia produkcji OZE wszedł zatem w życie dopiero 1 lipca 2016 r. Zrzucanie zatem odpowiedzialności za sytuację na rynku zielonych certyfikatów na obecną ekipę jest nieporozumieniem, gdyż problem nadprodukcji OZE był już znany od dłuższego czasu i rząd PO-PSL nie miał pomysłu na jego rozwiązanie. A jak jest czegoś w nadmiarze, to jest to tanie.

PIGOER, w alarmistycznym tonie pisze też o „uderzeniu tylko w jedną branżę – branżę energetyki wiatrowej” zarzucając rządowi uleganie demagogicznym argumentom. Szkoda tylko, że w liście nie znajdziemy przykładów tych „półprawd”, czy „nieprawdziwych argumentów”. Łatwo się rzuca takie hasła. Gorzej, gdy przychodzi je uzasadnić. PIGEOR odnosi się oczywiście nie wprost do ustawy odległościowej, która jest solą w oku całej branży, gdyż obnażyła kruchość jej założeń biznesowych. Tymczasem przeciwko przemysłowej energetyce wiatrowej jest wiele argumentów, z którymi branża nie poradziła sobie do tej pory. Moim zdaniem, w interesie społecznym, w ogóle nie leży budowa przemysłowych farm wiatrowych, gdyż:

1) przemysłowe elektrownie wiatrowe nie mogą być traktowane jako źródło „zielonej energii”, gdyż zanieczyszczają środowisko specyficznym i charakterystycznym tylko dla nich hałasem słyszalnym i niesłyszalnym, który wywołuje negatywne skutki zdrowotne. Są to przedsięwzięcia szkodliwe dla ludzi, zwierząt i środowiska;

2) przemysłowe elektrownie wiatrowe nie przyczyniają się do globalnego ograniczania emisji dwutlenku węgla ze względu na konieczność równoległego wspierania tej technologii przez tzw. rezerwę mocy (elektrownie oparte na węglu czy gazie, a więc emitujące CO2). W konsekwencji urządzenia te, w żaden sposób nie chronią przed zmianami klimatu;

3) liczne recenzowane publikacje naukowe dowodzą, że hałas słyszalny i niesłyszalny emitowany przez pracujące elektrownie wiatrowe oddziałuje nawet w odległości 8 – 9 km od źródła emisji i jest szkodliwy dla ludzi zmuszonych mieszkać w ich sąsiedztwie, przysparzając im licznych cierpień, w tym chorób układu nerwowego oraz bezsenności;

4) przemysłowa energetyka wiatrowa nie tworzy nowych miejsc pracy tam, gdzie pracują wiatraki, a jedynie w krajach produkujących turbiny wiatrowe lub ich elementy. Rozwój tej technologii przyczynia się za to do ograniczania miejsc pracy w tradycyjnej energetyce oraz w energochłonnych gałęziach przemysłu;

5) technologia produkcji energii elektrycznej z wiatru jest nieefektywna ze względu na brak możliwości jej magazynowania, oraz niestabilna z powodu braku możliwości dokładnego prognozowania wietrzności. W konsekwencji

elektrownie wiatrowe nie mogą funkcjonować bez rezerwowych źródeł mocy i bez wsparcia energetyki konwencjonalnej. Tym samym nie tylko nie przyczyniają się do utrzymania bezpieczeństwa energetycznego, ale wręcz destabilizują system elektroenergetyczny;

6) przemysłowe elektrownie wiatrowe, ze względu na brak opłacalności produkcji, nie funkcjonują bez dotacji z budżetu państwa a istnienie przymusu zakupu energii elektrycznej przez nie generowanej jest jedyną gwarancją jej odbioru. Motywacją podmiotów inwestujących w farmy wiatrowe jest chęć zysku, a nie idee ekologiczne. Ich ekspansja kończy się z chwilą obcięcia dotacji;

7) kontrola przeprowadzona przez Najwyższą Izbę Kontroli wykazała, że plany budowy farm wiatrowych generują w miejscu ich lokalizacji silne konflikty społeczne;

8) przemysłowe elektrownie wiatrowe dewastują krajobraz i powodują podwyższenie śmiertelności awifauny (ptaków i nietoperzy). Ekspansja wiatraków może że doprowadzić do absurdalnej sytuacji, kiedy to w imię „walki ze zmianami klimatu” będzie dochodzić do wycinania lasów oraz likwidacji form ochrony przyrody;

9) przemysłowe elektrownie wiatrowe obniżają wartość nieruchomości w swoim najbliższym sąsiedztwie i negatywnie oddziaływują na rozwój turystyki w regionie, gdzie się znajdują.

Odnoszę wrażenie, że zwolennicy rozwoju OZE, w tym i zwolennicy energetyki wiatrowej, nie widzą zasadniczych problemów wynikających ze specyfiki technologii, której bronią i promują, a widzą tylko korzyści finansowe, które osiągają lub planowali osiągać. Jest jeszcze jedna sprawa, której energetyka wiatrowa nie widzi w ogóle, tj. społeczny brak zaufania do branży lub jak kto woli – brak wiarygodności w biznesie. Swoimi praktykami energetyka wiatrowa zraziła do siebie dużą część społeczeństwa. Na tyle dużą, że po latach protestów i dopominania się swoje racje, zostały one uwzględnione przez rząd i parlament. Technologia ma służyć ludziom, a nie odwrotnie. Społeczeństwo potrzebuje energii elektrycznej, ale nie za wszelką cenę. Nie kosztem własnego zdrowia, życia czy majątku. Kto tego nie rozumie, ten sam stawia się poza krąg społeczeństwa i wpływu na rzeczywistość. Zamiast więc wysyłać list do premier Szydło, piszcie na Berdyczów.

Marcin Przychodzki

Redakcja stopwiatrakom.eu

Źródło:

http://gramwzielone.pl/trendy/23178/pigeor-wzywa-premier-szydlo-do-interwencji-na-rynku-oze