^Do góry

Wiadomości po angielsku

Uwagi prawne

Blog Barbary Lebiedowskiej

portal analizyNajbliższy rok może być bardzo istotny z punktu widzenia funkcjonowania OZE, w szczególności ze strony energetyki wiatrowej. To charakterystyczne, że jest tyle sposobów na wytwarzanie energii elektrycznej, ale akurat ten jeden jest tak promowany i lansowany, mimo braku jakichkolwiek zalet dla środowiska. Dzisiaj będzie o tym, czego zabrakło nam w mijającym roku, a potem, co nas może spotkać ze strony rządu i środowisk inwestorów. Niestety, dobre wiadomości się już skończyły.

Kilka kamyczków do rządowego ogródka

Biorąc pod uwagę wszystko to, co działo się w 2017 r., to można powiedzieć, że okres względnego spokoju mamy już za sobą. Na horyzoncie widać już kilka istotnych zagrożeń, które w ciągu roku mogą się zmaterializować. Niestety, trzeba to sobie powiedzieć otwarcie, zabrakło po stronie rządu determinacji, by pogonić zielonych towarzyszy raz na zawsze. Tutaj potrzebna jest wola polityczna, by przekonać drugą stronę, że powrotu do „złotych” czasów PO-PSL już nie będzie. Wielokrotnie powtarzane, twarde NIE. Powtarzane aż do skutku.

Czego nam zabrakło w tych ostatnich dwóch latach i co może niestety, ale się zemścić. Rząd, na fali euforii związanej z bardzo dobrymi wynikami sondaży, niestety może nie widzieć prawdziwych zagrożeń, które są widoczne znacznie lepiej spoza budynków parlamentu czy ministerstw. Raczej, ku przestrodze, bo powrót do władzy totalnej opozycji będzie klęską nas wszystkich.

Po pierwsze, zabrakło zmian w sądownictwie administracyjnym, które wielokrotnie dawało przykłady, że gra w jednej drużynie z inwestorami. Każdy, kto zetknął się z tą machiną wie, że w sprawach nawet najbardziej oczywistych naruszeń prawa, sądy przymykały oczy, albo zwyczajnie rzecz biorąc robiły co chciały, byle tylko nie przyznać racji stronie społecznej. Tępy formalizm, oczywista niechęć do stron, brak wiedzy, stronniczość. To tylko kilka przykładów z brzegu. Skupienie się na reformie sądownictwa powszechnego i pominięcie tego znacznie bardziej istotnego sądownictwa administracyjnego jest istotnym błędem. Żeby temat zamknąć, to należy dodać, iż dalsze utrzymywanie Samorządowych Kolegiów Odwoławczych w ich obecnym kształcie jest zupełnym nieporozumieniem. Nawet najbardziej uczciwy i prawy wójt, burmistrz i prezydent miasta czy lokalne organizacje społeczne nic nie wskórają, jeśli kolegia i nadzorujące je sądy administracyjne będą dalej tak pracować, jak do tej pory. Niestety, w Ministerstwie Sprawiedliwości nic nie dzieje się w tej sprawie, choć temat jest arcyważny.

Po drugie, zabrakło zmian w przepisach dotyczących procesu inwestycyjno-budowlanego, które wzmocniłyby pozycję gmin, sąsiadów czy lokalnych organizacji społecznych. Niestety, wciąż obowiązuje ten kuriozalny i niezwykle szkodliwy dla ochrony własności przepis art. 4 Prawa budowlanego, który ustanawia wolność zabudowy dla właściciela gruntu. W powiązaniu z fatalnymi przepisami dotyczącymi gospodarki przestrzennej, w tym w dalszym ciągu funkcjonującymi przepisami regulującymi wydawanie decyzji o warunkach zabudowy, to wszystko sprawia, że ochrona ładu przestrzennego w Polsce nie istnieje. Dobrze przygotowany inwestor jest w stanie postawić dowolny obiekt praktycznie wszędzie, gdzie sobie wymyśli. A jeśli ma po swojej stronie zaprzyjaźnionego wójta czy burmistrza, to … sami Państwo wiecie, jak to wygląda. Wójt Lepka-Łapka dalej rządzi i ma się dobrze.

Niestety, opublikowana niedawno nowa wersja projektu Kodeksu urbanistyczno-budowlanego nie zmienia zasadniczo niczego w procesie inwestycyjnym. Można się wręcz pokusić o tezę, że inwestorom będzie jeszcze łatwiej budować, a sąsiadom trudniej się bronić przed niechcianymi inwstycjami. Co więcej, ostatnia wersja projektu kodeksu zawiera kuriozalne wręcz propozycje w zakresie lokalizacji elektrowni wiatrowych, które odchodzą od reguły 10H i pozostawiają decyzję w rękach inspektora sanitarnego (art. 108). Kto nie wierzy niech sam sprawdzi: http://mib.gov.pl/files/0/1798129/KUB23112017.pdf

Na razie projekt kodeksu jeszcze nie odbył zasadniczych konsultacji w samym rządzie, ale sam pomysł zmiany reguł wynikających z ustawy odległościowej, wprowadzony bez konsultacji czy dyskusji ze stroną społeczną, źle wróży ustawie odległościowej. No chyba, że za stronę społeczną uzna się lobbujących inwestorów, to wtedy wszystko jest jasne i proste.

Po trzecie, Ministerstwo Środowiska nie zrobiło nic, dosłownie nic w zakresie ochrony przed hałasem ze strony już funkcjonujących elektrowni wiatrowych. Nie ma nowego rozporządzenia w sprawie dopuszczalnych norm hałasu dla elektrowni wiatrowych i chyba długo jeszcze nie będzie. Pisaliśmy o tej sprawie tak często, że nie chcemy się powtarzać. Zainteresowanych odsyłamy do lektury wystąpień dr W.Jaszczuka czy prof. B.Lebiedowskiej na naszym portalu. Ostatnie podsumowanie tematu i reakcji Ministerstwa Środowiska na interpelacje posła Marka Opioły znajdują się tutaj: http://stopwiatrakom.eu/aktualnosci/2266-jaszczuk-list-otwarty-do-posła-marka-opioły-pis-w-sprawie-odpowiedzi-ministerstwa-środowiska-na-interpelację.html

Po czwarte, obecna formuła funkcjonowania Ministerstwa Środowiska, nie tylko naszym zdaniem, wyczerpała się całkowicie i wymaga radykalnych zmian, które odetną ten resort od ludzi z poprzedniej ekipy. Resort środowiska nie ogarnia kluczowych spraw związanych z ochroną środowiska i najważniejszą polityką gospodarczą w Unii Europejskiej, tj. polityką klimatyczno-energetyczną. Grzechem śmiertelnym ze strony polskiej było podpisanie Porozumienia paryskiego, jego szybka ratyfikacja, a następnie zaangażowanie się w organizowanie kolejnych konferencji COP. Pisaliśmy już w 2015 r., że Porozumienie paryskie zostanie wykorzystane bezwzględnie przeciwko Polsce do wdrożenia jeszcze bardziej zaostrzonej polityki dekarbonizacyjnej. I co? Dzieje się dokładnie to, co przewidywaliśmy. „Pakiet zimowy”, czyli kolejna odsłona walki z węglem w Europie, zawierać będzie tak wyśrubowane normy emisji CO2 dla elektrowni węglowych, że  praktyce oznacza to zakaz budowy i eksploatacji elektrowni węglowych w Polsce. W sytuacji kiedy prawie 90% energii w Polsce produkowanej jest z elektrowni węglowych, to jest to więcej niż porażka.

Prowadzona dotychczas polityka uległości i braku zrozumienia wobec dekarbonizacyjnych pomysłów Komisji Europejskiej będzie miała swoje daleko idące konsekwencje nie tylko w energetyce, ale również w rolnictwie, hutnictwie, transporcie, sektorze komunalnym czy w budownictwie. Skoro węgiel jest zły, dwutlenek węgla jeszcze gorszy, to wszystko, co zawiera węgiel i emituje CO2 będzie eliminowane i urzędowo zwalczane. Przykładem niech będą zobowiązania Polski do obniżenia emisji CO2 właśnie w sektorach non-ETS do 2030 r. Porozumienie w tej sprawie, osiągnięte w grudniu 2017 r. zakłada 7% redukcję emisji CO2 przez polską gospodarkę w stosunku do poziomu z 2005 r. Wdrożenie tych zobowiązań oznacza tylko tyle, że będziemy musieli radykalnie ograniczać produkcję w sektorach non-ETS, co najbardziej uderzy w rolnictwo. Konieczne będzie ograniczenie produkcji zwierzęcej, szczególnie produkcji mleka i mięsa wołowego. A wszystko to w imię walki z globalnym ociepleniem.

Po piąte, w dalszym ciągu nie ma nowej polityki energetycznej, która nakreślałaby perspektywy rozwoju dla polskiej energetyki w horyzoncie najbliższych 30 lat. Dyskusja o miksie energetycznym prowadzona jest pod dyktando środowisk, które zajmują się propagandą OZE, a nie ochroną interesów polskiej energetyki. Nie wiemy, czy powstanie w końcu elektrownia jądrowa w Polsce, gdzie powstanie i według jakiej technologii. Nie wiemy, czy powstaną nowe elektrownie węglowe czy też nie. Wyniki przetargu na blok C w Elektrowni Ostrołęka nie są zachęcające, a decyzje trzeba podejmować już teraz, by dało radę obronić tę niezwykle ważną inwestycję w bezpieczeństwo systemu elektroenergetycznego. Nie wiemy, czy Ministerstwo Energii ma jakiś pomysł na OZE czy też ulegnie presji lobbystów i dopuści do budowy elektrowni wiatrowych na lądzie i morzu. Brak własnej polityki energetycznej oznacza, że polska energetyka niebezpiecznie dryfuje w kierunku modelu niemieckiego, czyli OZE + rosyjski gaz. Z chwilą kiedy to Komisja Europejska zacznie zatwierdzać plany rozwoju naszej energetyki, to możemy być więcej niż pewni, że budować się będzie tylko wiatraki.

Po szóste, ostatnie wypowiedzi wiatrakowych lobbystów wskazują, że bardzo liczą oni na szybką nowelizację ustawy o OZE i powrót do starych zasad lokalizacji elektrowni wiatrowych oraz do braku ich opodatkowania. Biorąc pod uwagę sposób procedowania nowelizacji ustawy o OZE przez resort energii latem zeszłego roku, jesteśmy pełni obaw. Zagrożona jest przede wszystkim sama reguła 10H, czyli minimalna odległość od zabudowy mieszkalnej dla lokalizacji elektrowni wiatrowych. Zmiany mogą iść w kierunku jej zmniejszenia np. 5H i wprowadzenia dodatkowych kryteriów, które w praktyce będą pozwalały na dowolną lokalizację tych obiektów. Wobec braku dopuszczalnych norm hałasu dedykowanych elektrowniom wiatrowym oraz wobec braku uczciwej i wiarygodnej metodologii pomiaru hałasu od tych urządzeń, wszelkie zgody i dopuszczenia będą się odbywały tak jak dotychczas. Pełne róbta, co chceta i stawiajta, gdzie chceta.

Zasadniczy spór idzie o to, czy dostaną dopuszczone do realizacji te inwestycje wiatrakowe, które posiadają już wszystkie zgody i pozwolenia uzyskane jeszcze przed 16 lipca 2016 r. Oczywiście, żadna z tych inwestycji nie spełnia kryterium minimalnej odległości 10H, więc z oczywistych względów w ogóle nie powinna zostać dopuszczona do aukcji, jako sprzeczna z obowiązującym prawem. Dlatego też, z dużym niepokojem wypatrujemy nowej wersji projektu ustawy o OZE.

Jesteśmy dziwnie przekonani, że tym razem głos społeczny nie będzie się liczył w ogóle i że ustawa odległościowa zostanie zmieniona i to w taki sposób, że worek z inwestycjami wiatrakowymi się rozsypie. Inwestorzy zrobią wszystko, by nie dopuścić do wygaszenia posiadanych pozwoleń na budowę na wiatraki. Spodziewamy się, że może zostać nawet argumentacja, że stary rząd zrobił, co mógł, a teraz „wicie, rozumicie”, trzeba to wszystko „naprawić”, bo inwestorzy cisną.

Po siódme, czas już chyba najwyższy na weryfikację przez rządzących podejścia do projektu pt. „Unia Europejska”. Ostatnie wydarzenia jasno pokazują, że okres dobrych relacji mamy już za sobą i teraz możemy obserwować prawdziwe oblicze „projektu europejskiego”. Mówiąc wprost, czas na realne podejście do spraw europejskich i rozpoczęcie przygotowań do opuszczenia struktur państwa europejskiego. Dlaczego mówimy o „państwie europejskim”? Sprawa jest oczywista, gdyż Unia Europejska posiada już swoje terytorium, obywateli, konstytucję, walutę, rząd, sądy, prawo, flagę, hymn i zaczątki armii. Rola państw członkowskich, na podstawie Traktatu z Lizbony, została sprowadzona do roli ledwie członków federacji europejskiej, pozbawionych większego wpływu na funkcjonowanie całości, a już szczególnie działalność Komisji Europejskiej, której nikt nie wybiera w demokratycznych wyborach.

Uruchomienie procedury z art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej oznacza, że rządzące państwem europejskim elity postanowiły pokazać, że nie życzą one sobie żadnych zmian, obiektywnie korzystnych dla Polski. Wzrost siły gospodarczej, usamodzielnianie się polityczne i odbudowa armii zagraża dotychczasowemu układowi sił w Europie i pozycji niemieckiego hegemona. Jest to konflikt o charakterze systemowym, pokazujący dobitnie istotne różnice cywilizacyjne pomiędzy Polską a czymś, co nazywa się „Europą Zachodnią”. Nie bez znaczenia jest też to, że elity europejskie, w zdecydowanej większości są lewicowe, wierzące w Karola Marksa, Lenina i komunizm. Pisaliśmy już o szczególnej roli Altiero Spinellego i jego „Manifestu z Ventotene”, którego idee są podstawą myślenia obecnych kierowników Unii Europejskiej. Tylko z tego punktu widzenia niezbędna jest refleksja czy aby na pewno jest nam pod drodze z komunizującymi ośrodkami Europy Zachodniej, które szantażem i karami finansowymi, będą próbowały wymusić na Polsce posłuszeństwo.

Na koniec, trzeba wciaż pamiętać o przypadku usunięcia ze stanowiska Silvio Berlusconiego przez niechętnych mu eurotowarzyszy. Zrobiono to, przy pomocy niemieckich banków, które wywołały kryzys finansowy we Włoszech poprzez atak na włoskie obligacje rządowe. Spekulacyjny atak na polską walutę może pogrążyć nawet najlepszy rząd. Niestety, Polska wciąż trzyma swoje złoto w Londynie.

Sadźmy lasy, rozbierajmy wiatraki

Redakcja stopwiatrakom.eu