^Do góry

Wiadomości po angielsku

Uwagi prawne

Blog Barbary Lebiedowskiej

portal prasowkaBranża wiatrowa szuka pomysłów na  uratowanie tego, co już powstało, mówi Tomasz Podgajniak, wiceprezes Polskiej Izby Gospodarczej Energii Odnawialnej w wywiadzie dla Rzeczpospolitej. Inwestorzy boją się fali bankructw w wyniku pogorszenia rentowności branży. Przewidzieliśmy ten scenariusz już dawno temu, więc nie jesteśmy zdziwieni.

Przypomnijmy, że w 2015 r., jeszcze za rządów koalicji PO i PSL przyjęto ustawę o odnawialnych źródłach energii, która wprowadzała aukcyjny system dofinansowania OZE. Zanim ustawa weszła w życie, nowy rząd przesunął termin jej obowiązywania aż o 6 miesięcy i w efekcie dopiero 1 lipca 2016 r. nowy system wsparcia wszedł w życie. Zdaniem Tomasza Podgajniaka z PIGEO ostatnia nowelizacja tej ustawy pogłębiła złą sytuację branży OZE:

„Ona zamraża stan rzeczy z którym mamy do czynienia od 2 lat. Ceny certyfikatów gwałtownie zaczęły spadać pod koniec 2014 r. z 250 zł za MWh do 40 zł za MWh ostatnio.

To są straty rzędu 3 mld zł rocznie w sektorze wiatrowym tylko. Tego inwestorzy nie są w stanie oddać bankom. Ta decyzja zamraża cenę certyfikatów na długie lata na poziomie 40-50 zł. Jest to znacznie poniżej granicy rentowności, nie tylko dla wiatraków, gdzie 200 zł byłoby minimum. Już nawet nie opłaca się to dla nieszczęsnego współspalania.”

„(…) Jest duże ryzyko, że ci którzy zainwestowali stracą swoje biznesy i ktoś je przejmie. Bank wystawi to na aukcję i sprzeda pewnie za 15-20 proc. wartości inwestycji. Na Ukrainie taki wiatrak można sprzedać za 40 proc. jego wartości. To jest biznes życia.”

Interesujący jest także inny pogląd prezesa Podgajniaka. Prezesowi PIGEO marzy się szwedzki model energetyczny, gdzie jeden mieszkaniec zużywa 18 tys. kWh rocznie (w Polsce 3 tys. kWh), dlatego proponuje on ogrzewanie mieszkań energią elektryczną:

„Tam domy są ogrzewane prądem. To też moglibyśmy zacząć w Polsce rozważać, bo walka ze smogiem polegająca na instalacji pieców z filtrami to paranoja. Trzeba przestawiać domy na ogrzewanie elektryczne.”

logo stop wiatrakom mini[Nasz komentarz] Nie mamy nic przeciwko temu aby branża rozbierała swoje wiatraki i sprzedawała je na rynku wtórnym nawet za 40% wartości, albo jeszcze mniej. W końcu używane auta też są tańsze od tych fabrycznie nowych. Mamy tylko nadzieję, że inne państwa nie dadzą się tak łatwo zlobbować wiatrakowcom i odpowiednio wcześniej wprowadzą przepisy chroniące swoich obywateli przed nazbyt bliską lokalizacją wiatraków od ich domostw lub odmówią płacenia haraczu na OZE.

Wiemy tylko tyle, że czeka nas jeszcze nie jedna medialna akcja, w której branża wiatrowa będzie użalać się nad swoim losem i szukać winnych swojej wizerunkowej klęski - a to w rządzie, a to we współspalaniu, a to w mieszkańcach, którzy nie chcą postępu i nowoczesności kopiowanej żywcem z zagranicy. Wciąż to samo i o tym samym. „Dajcie nam kasę, a my wam damy ekologiczny prąd. Tylko pamiętajcie, że ma być i na chlebek, i na szyneczkę, bo jak nie będzie, bo poskarżymy się Unii.”. Czekamy, aż branża powie coś nowego, coś co nie będzie powtarzaniem niemieckiej propagandy wiatrakowej o „tańszej energii z wiatraków”. Skoro jest taniej, to po co mamy w ogóle dopłacać do tego interesu?

Dobrze pamiętamy jak stawiano wiatraki w latach 2008 – 2016. Wiemy też, że i dzisiaj są inwestorzy, którzy tylko czekają na zmianę rządu, by natychmiast zmienić przepisy ustawy odległościowej i rozpocząć budowę wiatraków. Na przełomie 2015/2016 branża wiatrowa dostała inwestycyjnego przyspieszenia przed prognozowaną zmianą systemu wsparcia tj. przejściem z zielonych certyfikatów na aukcje. Konsekwencją inwestycyjnego szaleństwa było oddanie do użytku znacznej ilości elektrowni wiatrowych w latach 2015 - 2016 roku. I to naszym zdaniem przede wszystkim wpłynęło na dalsze spadki cen praw majątkowych. Przecież wiadomym było jakie jest zapotrzebowanie na zielone certyfikaty, więc zgodnie z regułami gry rynkowej im coś jest łatwiej dostępne tym jest tańsze. Dzisiejszy lament branży ma na celu wzbudzenie litości u rządzących, by „sypnęli kasą” z państwowych pieniędzy na wsparcie energetyki wiatrowej. W końcu bez publicznego wsparcia „ratowanie klimatu” jest nieopłacalne. Pisaliśmy o tym tutaj: link do tekstu

Dlatego po raz kolejny domagamy się dokładnego rozliczenia pomocy publicznej dla całej branży OZE, w tym szczególnie dla energetyki wiatrowej za wszystkie poprzednie lata. Podatnicy mają prawo wiedzieć jak wielkie środki finansowe są przeznaczane na OZE i czy „ratowanie klimatu” tak naprawdę sprowadza się w obecnej sytuacji do ratowania kieszeni prywatnych inwestorów. W wywiadzie pada ze strony dziennikarza kwota 2 mld zł rocznie, zaś Prezes Podgajniak mówi o kwocie 3,5 – 4 mld zł rocznie, jeśli ceny zielonych certyfikatów byłyby wyższe, czyli tak 200-250 zł za certyfikat.

Wzywamy Prezesa URE – Macieja Bando - do ujawnienia pełnej statystyki pomocy publicznej w tej sprawie dla każdego inwestora OZE w Polsce. Skoro branża domaga się dalszego wsparcia, to niech pokaże, ile już dostała pomocy za ostatnie 10 lat wstecz. Raporty UOKiK-u nie wykazują bowiem pomocy publicznej dla energetyki wiatrowej oraz innych OZE w ogóle, co samo w sobie jest co najmniej zastanawiające. Będzie nam wszystkim łatwiej dyskutować, jak się dowiemy, ile kasy włożono w „zieloną energetykę”.

Sadźmy lasy, rozbierajmy wiatraki

Redakcja stopwiatrakom.eu

Źródło:

Całość wywiadu z Prezesem Tomaszem Podgajniakiem dostępna jest tutaj: http://www.rp.pl/Energianews/308299948-RZECZoBIZNESIE-Tomasz-Podgajniak-Branza-OZE-chce-uratowac-to-co-powstalo.html#ap-1

stopwiatrakom stopka 1