^Do góry

Wiadomości po angielsku

Uwagi prawne

Blog Barbary Lebiedowskiej

portal zielona energetykaW gospodarce rynkowej firma, na której produkcję nie ma popytu lub która jest niekonkurencyjna cenowo, bankrutuje. W Szkocji operatorzy farm wiatrowych zarabiają tym więcej, im więcej produkują energii elektrycznej, z którą  nie ma co zrobić. W tym niewielkim kraju udało się zrealizować w pełni model biznesowy farmy wiatrowej, z którego elementami spotykamy się wszędzie na świecie. Na terytorium szkockim funkcjonuje obecnie około 750 farm wiatrowych, na których działa 3000 turbin wiatrowych. Maksymalna zdolność produkcyjna tej floty wiatraków wynosi 5,7 GW. To więcej niż szczytowe zapotrzebowanie całej Szkocji na energię elektryczną (5,5 GW). Mimo to powstają dalsze farmy wiatrowe - dlaczego tak się dzieje piszą brytyjscy analitycy.

Przedstawiamy skrócone tłumaczenie artykułu dr Johna Constable'a i Matta Ridleya pt. „Szkocki przekręt wiatrakowy”, który ukazał się na brytyjskim blogu capx.co w dniu 10 sierpnia 2017 r. [1]

708. Szkocja

Whitelee w Szkocji – największa lądowa farma wiatrowa w Europie

Photo: Jeff J Mitchell / Getty

SZKOCKI PRZEKRĘT WIATRAKOWY

Wyobraźmy sobie wielki zakład wędliniarski - najbardziej dochodowy zakład tego typu na świecie. Maszyny produkują kiełbasy, a ciężarówki zawożą je do supermarketów. Jak na razie, wszystko wygląda normalnie.

Jednak ten szczególny zakład produkuje tyle kiełbasy, ile zażyczy sobie jego kierownictwo i pracownicy. Jeśli któregoś dnia chcą mieć wolne, to ciężarówki stoją puste, a sklepy nie otrzymują żadnych dostaw. Kiedy znowu zechce się firmie poszaleć z produkcją, to kiełbas jest tak dużo, że brakuje transportu do ich przewiezienia. Albo dalej produkują kiełbasy, chociaż na półkach sklepowych nie ma już więcej miejsca.

A teraz coś naprawdę zadziwiającego: nawet jeśli ciężarówki nie dają rady przewieźć produkcji lub kiedy brak jest popytu na kiełbasy, zakład dostanie za nie zapłatę. Faktycznie płacą mu więcej za niewysłanie kiełbas do sklepów, niż kiedy kiełbasy pojawią się w sprzedaży. Jest to tak wspaniały interes, że firma rozbudowuje obecnie zakład, tak aby mogła zagrozić, że wyprodukuje jeszcze więcej kiełbas, których nikt nie chce.

Czy to nie jest szaleństwo? Oczywiście, że tak. Ale tak właśnie sprawy się mają w brytyjskim sektorze elektroenergetycznym - a ci zgarniający pieniądze szantażyści to farmy wiatrowe w Szkocji.

W Szkocji jest obecnie około 750 farm wiatrowych z 3.000 turbin wiatrowych. Ich łączna moc wytwórcza to 5.700 MW. Ich faktyczna produkcji waha się w zależności od pogody. Ale maksymalnie wiatraki te mogą wyprodukować więcej niż wynosi szczytowe zapotrzebowanie w szkockim systemie elektroenergetycznym (5,5 GW).

Oznacza to, że szkockie farmy wiatrowe produkują często więcej, niż szkocki system jest w stanie wykorzystać. W związku z tym nadmiar energii musi być eksportowany do Anglii i Walii. Ale to nie jest takie proste.

SZKOCKI WIATR W BRYTYJSKIEJ SIECI ENERGETYCZNEJ

Farmy wiatrowe rozrzucone są na całym terytorium Szkocji, zlokalizowane są niekiedy w bardzo odległych regionach. Problemem jest więc już samo doprowadzenie tej energii do granicy Szkocji z Anglią, a co dopiero jej dystrybucja w pozostałej części Wielkiej Brytanii. Od kilku już lat Szkocja jest w stanie eksportować jedynie 3,5 GW, to znaczy znacznie mniej od szczytowego poziomu produkcji lokalnej floty wiatrakowej.

Wzmacnia się zatem istniejące połączenia i buduje nowe. Taką inwestycją jest modernizacja korytarza Beauly-Denny kosztem 820 milionów funtów [prawie 4 mld złotych] - dla wielu nie do zaakceptowania ze względu na straty ekologiczne. W tym roku oddany ma być też do eksploatacji podwodny konektor między Hunterston a Deeside, którego koszt wynosi 1 miliard funtów. Konsumenci brytyjscy płacić będą za to w ramach swoich rachunków za energię - 100 milionów funtów rocznie przez okres 35 lat.

Jednak nawet przy tych kosztach, modernizacja połączeń granicznych nie rozwiąże całkowicie problemu. Energii w Szkocji będzie wciąż więcej niż będzie mogła przyjąć sieć szkocka lub niż da się wyeksportować do sąsiednich krajów - między innymi dlatego, że liczba turbin wiatrowych w Szkocji dalej rośnie.

DLACZEGO W SZKOCJI W DALSZYM CIĄGU BUDUJE SIĘ WIATRAKI? 

Dlaczego buduje się ich tak dużo? Częściowo z powodu subsydiowania dochodu. Jest to dodatek wynoszący niemal 100 procent hurtowej ceny energii - finansowany, rzecz jasna, z opłat konsumentów ze energię elektryczną. Dzięki temu inwestycje w farmy wiatrowe są niezwykle atrakcyjne, przynajmniej do czasu zużycia się turbin (ale deweloperzy liczą, że do tego czasu uda im się sprzedać farmy naiwnym funduszom emerytalnym lub inwestycyjnym).

W grę wchodzi także sytuacja polityczna. W Anglii i Walii lądowa energetyka wiatrowa jest praktycznie martwa, głównie z powodu zdecydowanych sprzeciwów lokalnych społeczności, na które rząd w końcu zdecydował się zareagować.

W Szkocji sprawy mają się inaczej. Kraj jest silnie zurbanizowany, większość elektoratu mieszka w miastach. Wiejskich przeciwników farm wiatrowych jest po prostu za mało, by mieli coś do powiedzenia - niezależnie od tego jak silne są wysuwane przez nich argumenty ekologiczne czy gospodarcze. [Komentarz redakcji: Warto też wspomnieć, że liczni w Szkocji wielcy właściciele ziemscy - w tym wielkie rody arystokratyczne - od subsydiów na hodowlę owiec lub dotacji ekologicznych zdecydowanie wolą krociowe zyski, jakie przynoszą farmy wiatrowe instalowane na ich terenach.]

Roczne dotacje na lądową energetykę wiatrową w Wielkiej Brytanii kosztują podatników i odbiorców finalnych prawie 600 milionów funtów [tj. ok. 2,8 mld złotych] - przy czym na szkockie farmy wiatrowe przypada mniej więcej połowa tej sumy. Mimo to rząd Szkocji w dalszym ciągu ignoruje protesty i udziela zezwoleń na budowę nowych farm wiatrowych - tak jakby to nic nie kosztowało.

I faktycznie z punktu widzenia rządu Szkocji to nic nie kosztuje. Atrakcyjność energetyki wiatrowej dla szkockich polityków wynika częściowo z tego, że subsydia, które wypłaca się szkockim farmom wiatrowym, pochodzą z kieszeni konsumentów z całej Wielkiej Brytanii. Zużycie energii elektrycznej w Szkocji to zaledwie 10 procent zapotrzebowania Wielkiej Brytanii. Dlatego kiedy rząd szkocki zatwierdza inwestycję wiatrakową, to po prostu wystawia czek, który pokrywać będą Anglia i Walia. Jest to w istocie nakładanie podatku na obywateli innych części składowych Wielkiej Brytanii przez rząd szkocki.

Jednak niefrasobliwy rząd i system lukratywnych dotacji to nie są jedyne przyczyny rozkwitu szkockiej branży wiatrakowej. Jakkolwiek dziwacznie to może zabrzmieć, źródłem korzyści jest również fakt, że szkocka sieć energetyczna nie jest w stanie przyjąć całej produkcji energii z wiatru. Dotowane farmy wiatrowe mogą bowiem zarobić więcej w przeliczeniu na jednostkę wyprodukowanej energii, kiedy takiej jednostki trzeba się pozbyć, niż kiedy jest ona sprzedawana konsumentom. Innymi słowy, płaci się im więcej za nieprodukowanie kiełbasy, niż kiedy kiełbasę normalnie się sprzedaje.

Nie trudno wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje. Sprzedaż energii na rynku hurtowym daje około połowy dochodu farmy wiatrowej. Druga połowa pochodzi z tzw. świadectw z tytułu zobowiązania odnawialnego (Renewables Obligation Certificate - ROC) [odpowiednik polskich świadectw pochodzenia energii elektrycznej z odnawialnych źródeł energii, zwanych popularnie „zielonymi certyfikatami”]. Kiedy sieć energetyczna nie jest już w stanie przyjąć więcej energii, krajowy operator sieci nakazuje farmie wiatrowej, aby zaprzestała produkcji w celu uniknięcia uszkodzenia linii przesyłowych, a w najgorszym wypadku nawet awarii całego systemu.

W takiej sytuacji farma wiatrowa zachowuje prawo do zapłaty za określoną ilość prądu po cenach hurtowych, co jest uczciwe, ponieważ  produkcja ta została z góry zakontraktowana na potrzeby systemu energetycznego. Jednak farma traci świadectwa ROC, ponieważ wydawane są one wyłącznie za energię faktycznie sprzedaną konsumentom.

Teraz jednak nasza farma wiatrowa występuje o odszkodowanie z tytułu utraconych świadectw ROC. Są to tzw. constraint payments,  czyli płatności za powstrzymanie się od produkowania energii elektrycznej. To tak jak gdyby zakładowi wędliniarskiemu płacono za to, że nie wyprodukował kiełbasy. Najważniejsze jest jednak to, że kwota kompensaty, której żąda farma wiatrowa, wynosi więcej niż utracona przez nią część dochodów.

JAK ZROBIĆ INTERES NA NICZYM

Kiedy jeden z nas - John Constable - po raz pierwszy ujawnił te praktyki w 2011 r., przeciętna kwota wypłacanej kompensaty stanowiła niemal czterokrotność utraconego dochodu. W przypadku jednej farmy wiatrowej, Crystal Rig, jej operator zażądał (i otrzymał) kompensatę w wysokości 991 funtów za MWh, kiedy jego strata faktycznie wyniosła 50 funtów za MWh.

Ujawnienie tej sytuacji dało efekt i kwoty kompensat stały się niższe. Wciąż jednak są one wyższe od utraconych dochodów - lądowe farmy wiatrowe żądają na ogół od 60 od 90 funtów za MWh, podczas gdy tracą 45 funtów za MWh.

W efekcie szkockie farmy wiatrowe uzyskują wyższe dochody za wytworzoną jednostkę energii dzięki temu, że popyt na energię elektryczną w Szkocji utrzymuje się na niskim poziomie a system przesyłowy jest kompletnie przeciążony - stąd operator sieci krajowej nie ma innego wyboru, jak płacić im żądany haracz.

Z punktu widzenia operatora sieci krajowej nie są to koszty własne, lecz przenoszone na konsumentów, w związku z czym nie przejmuje się on nimi zbytnio – po prostu dodaje je do rachunków wystawianych odbiorcom energii. Sprawa wygląda diametralnie inaczej jeśli chodzi o konsumentów.  Od 2010 r. brytyjscy odbiorcy energii elektrycznej zapłacili farmom wiatrowym za niewytwarzanie energii 328 milionów funtów [to jest ponad półtora miliarda złotych] – kwoty te otrzymały głównie szkockie lądowe farmy wiatrowe, chociaż obecnie z tych możliwości zwiększenia zarobku zaczynają korzystać także przybrzeżne farmy wiatrowe w Anglii. W zeszłym roku kwota kompensat wyniosła łącznie 82 mln funtów. Do połowy 2017 r. wypłacono już 50 mln funtów.

Wszystko to zachęca do lokowania w Szkocji farm wiatrowych, chociaż lokalne społeczności ich nie chcą, a sieć energetyczna nie jest w stanie przyjmować ich produkcji. Część operatorów farm wiatrowych, które podlegają obecnie regularnym ograniczeniom w produkcji, planuje dalsze inwestycje mające zwiększyć ich moc wytwórczą.

Weźmy jako przykład farmę Fallago Rig znajdującą się w regionie Scottish Borders. Tę liczącą 48 turbin farmę wiatrową, o łącznej mocy 144 MW, zbudowano w 2013 r. pomimo zaciekłego oporu okolicznych mieszkańców. Od tego czasu Fallogo Rig otrzymała płatności z tytułu zatrzymania produkcji w kwocie ponad 21 milionów funtów [prawie 100 milionów złotych], po średniej stawce 82 funtów za MWh – czyli mniej więcej dwukrotność utraconego przychodu. Owa niezrealizowana produkcja energii, około 264.954 MWh, odpowiada 16% energii faktycznie wytworzonej w tym okresie przez tę farmę

Pomimo to właściciel farmy, spółka EdF Energy, chce ją rozbudować o dalsze 12 turbin o wysokości ponad 126,5 metra. Czy tu chodzi o ratowanie naszej planety? Czy też o to, że właściciele farmy wiedzą, że to dobry interes i zdecydowani są wycisnąć z tego tyle, ile się da?

NAJLEPIEJ INWESTOWAĆ PO OBU STRONACH GRANICY

Historia tego antyekonomicznego szaleństwa nie kończy się jednak na tym. Kiedy bowiem wstrzymuje się produkcję szkockiej farmy wiatrowej z powodu zatoru w systemie energetycznym, ma miejsce destabilizacja całego brytyjskiego rynku energii elektrycznej. Nakazuje się wstrzymanie produkcji przez wytwórcę, którego dostawy na rynek brytyjski zostały wcześniej zakontraktowane. Oznacza to, że po drugiej stronie granicy ze Szkocją na rynku występuje brak zakontraktowanej wcześniej energii. W takiej sytuacji operator sieci brytyjskiej zmuszony jest natychmiast zakupić energię elektryczną z innego źródła. A koszt energii zakupionej w takich transakcjach jest naprawdę wysoki.

Na najwyższą ironię zakrawa to, że tym samym wielkim firmom energetycznym, które otrzymują płatności za powstrzymanie się od wytwarzania energii z wiatru po jednej stronie „wąskiego gardła” w systemie (ponieważ szkocka sieć nie może sobie z nim poradzić), jednocześnie prawdopodobnie płaci się słono za uruchomianie ich turbin gazowych w Anglii, aby uzupełnić powstały deficyt. Śmieszne? Raczej powód do płaczu dla tych, którzy płacą rachunki za prąd.

Tłumaczył: Jacek Malski

Redakcja stopwiatrakom.eu

Przypisy:

[1] John Constable i Matt Ridley, "The Scottish wind-power racket", capx.co, 10.08.2017 - https://capx.co/the-scottish-wind-power-racket/. Dr John Constable jest dyrektorem brytyjskiej Renewable Energy Foundation, a Matt Ridley jest dziennikarzem. Artykuł ukazał się też na międzynarodowym portalu Friends Against Wind - http://en.friends-against-wind.org/realities/scottish-wind-power-racket.

stopwiatrakom stopka 1